wtorek, 28 grudnia 2010

Der Kniefall von Warschau

7 grudnia tego roku była obchodzona 40 rocznica dnia, w którym ówczesny kanclerz Niemiec Willy Brandt uklęknął przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Gest Brandta nie był czymś planowanym i wywołał powszechne zdziwienie wśród zgromadzonych wokoło polityków zarówno polskich jak i niemieckich, oraz innych osób. Zapadła cisza po tym jak niespodziewanie kanclerz uklęknął. Czyn ten przeszedł do historii jako jeden z symboli rozliczenia się Niemców z ich historią oraz kolejny etap pojednania polsko - niemieckiego. Tutaj możecie znaleźć dokument przedstawiający osobę Brandta oraz odnoszący się także do tamtego czynu - http://www.youtube.com/watch?v=lN2MM5wV-Bw&feature=related .

Film prócz sylwetki Brandta - pierwszego po II WŚ kanclerza z socjaldemokracji (wcześniej przez 20 lat rządzili w Niemczech chadecy), jest istotny także dla dalszych losów Śląska.
Podczas tamtej wizyty w 1970 roku został podpisany pomiędzy RFN i Polską układ o normalizacji wzajemnych stosunków. W jego ramach została uznana przez Zachodnie Niemcy granica na Odrze i Nysie. Tym samym Niemcy zrzekły się prawa do Pomorza, Warmii, Wielkopolski i Śląska. Film pokazuje jak gwałtownie zareagowała na tą wiadomość prawa strona sceny politycznej w Niemczech. Brandt przez część obywateli został okrzyknięty zdrajcą, odbywały się manifestacje przeciwko niemu.
Samo uklęknięcie - jak już wspomniałem - było kolejnym krokiem pojednania polsko - niemieckiego. Tamtego dnia uklęknąl ten, który nie musiał (Brandt działał w opozycji antyfaszystowskiej, był prześladowany przez nazistów) i zrobił to w imieniu tych, którzy powinni uklęknąć, ale tego nie uczynili. Jeśli chodzi o same relacje polsko - niemieckie to kilka lat wcześniej to oczywiście biskupi polscy wysłali orędzie do biskupów niemieckich z pamiętnymi słowami: "wybaczamy i prosimy o wybaczenie" (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Or%C4%99dzie_biskup%C3%B3w_polskich_do_biskup%C3%B3w_niemieckich). Zastanawiające, iż podczas gdy pierwszy gest pojednania ze strony polskiej czyni prawica, ze strony niemieckiej robi to lewica.

W tym kontekście jedna uwaga porównująca świadomość Polaków i Niemców co do przywołanych powyżej wydarzeń - listu biskupów i czynu Brandta. W świadomości Polaków żyje głównie ten pierwszy. Pamięć o tym co zrobił Brandt przemyka gdzieś wśród mniej istotnych artykułów informacyjnych. W tym roku mogło być trochę inaczej, bo obecny prezydent Niemiec Christian Woolf odwiedził 7 grudnia Polskę. Z kolei Niemcy traktują to co zrobił Brandt bardziej jako etap swojego rozliczenia z nazizmem aniżeli gest pojednawczy wystosowany do Polaków. Przypuszczam, że świadomość orędzia biskupów polskich także jest wśród nich mniej żywa. To przecież biskupi polscy jako pierwsi wyciągnęli rękę, zaś sama odpowiedź biskupów niemieckich byłą dosyć chłodna. Aczkolwiek należy pamiętać o różnych formach funkcjonowania kościoła w Polsce i w Niemczech. Wyszyńskiemu bardzo zależało na wystosowania tego listu i nie konsultował jego treści z całością hierarchów polskich, a tym bardziej z resztą wiernych. Co potwierdziły reakcje - nie tylko władzy, ale także społeczeństwa po ukazaniu się owego listu - "za co my mamy przepraszać!". Powstaje tutaj pytanie na ile był to gest pojednawczy kardynała Wyszyńskiego, a na ile całego kościoła polskiego? Kościół w Niemczech jest bardziej egalitarny, tym samym zdystansowana odpowiedź biskupów niemieckich odpowiadała rzeczywistym nastrojom społeczeństwa, które składało się przecież z kilku milionów wypędzonych z Europy środkowo - wschodniej.

czwartek, 23 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (5)

Przedmiot analizy: Ludwika Dorna list otwarty do Donalda Tuska

Po przeanalizowaniu kilku wypowiedzi liberalnej sceny politycznej sięgam po pierwszego przedstawiciela (nie twierdze, że skrajnego konserwatysty) stanowisk bardziej konserwatywnych - Ludwika Dorna.

Nie chce rozpatrywać argumentów, które już były analizowane np. nazywanie RAŚ ruchem separatystycznym, krytyka dawnych kontrowersyjnych wypowiedzi Gorzelika. Istotny nowy argument, który pojawia się w wypowiedzi Dorna, a którego nie było w tekstach wcześniej analizowanych, to krytyka samej idei decentralizacji państwa i ustanowienia autonomicznych regionów. O ile więc liberałowie akceptowali postulaty pogłębionej samorządności, czyli sferę zmian administracyjnych, zwiększenia upodmiotowienia obywateli, ale nie akceptowali afirmacji tożsamości i kultury śląskiej, o tyle Dorn nie akceptuje obu obszarów postulatów RAŚ.

Podstawą krytyki ze strony Dorna jest fakt, iż propozycje RAŚ-iu kwestionują "zasadę unitarnego charaktery Rzeczypospolitej". Trudno się z tym nie zgodzić. Tylko nie rozumiem dlaczego mamy zawężać sobie możliwy obszar dyskusji nad rozwiązywaniem problemów kraju do takiego, który nie wychodzi poza dogmat unitarności. Owszem zasada ta jest w konstytucji, ale z jakiego powodu nie mielibyśmy jej zmienić. Zmiany, o ile są dobre stanowią podstawę dla rozwoju. Oczywiście o ile są dobre. A nic tak nie służy prawidłowej selekcji pomysłów jak krytyczna dyskusja nad nimi. Aby ona jednak była możliwa nie należy krępować sobie rąk dogmatami, które przecięż nie oznaczają wprowadzenia np. systemu totalitarnego, ale rozwiązania, które są stosowane w wielu państwach Europy i reszty świata.

Przypuszczam, że kilka wieków temu tego typu dogmatem, którego nie należy zmieniać była np. pańszczyzna na wsi, później brak równouprawnienia kobiet, albo np. w USA brak równouprawnienia ludności czarnoskórej. Ale pańszczyznę zniesiono, kobiety w Polsce niedawno uzyskały parytety, zaś prezydentem Stanów od jakiegoś czasu jest czarnoskóry. Przypuszczam, że przed zalegalizowaniem tych zmian pojawiały się listy podobne do prezentowanego listu Dorna, w którym broniono pewnych "dogmatów". Jednakże po jakimś czasie zmiana owych "dogmatów" okazywała się słuszna. Czy może jednak dziś ktokolwiek - prócz skrajnej prawicy - pragnie kwestionować zasadę równości wszystkich obywateli - chłopów, kobiet czy czarnoskórych - względem prawa?

Zasada unitarności jest w konstytucji polskiej, ale sama konstytucja przecież "z luftu" sie nie wzięła. Jest wyrazem woli obywateli, i jeśli obywatele wyrażą wolę jej zmiany w ramach prcedur demokratycznego państwa prawa, to dlaczego taka zmiana nie miałyby się dokonać? Nie chodzi przecież tutaj o zmiany, które kwestionowałyby sam demokratyczny porządek państwa. Czy USA czy Niemcy, które są państwami federalnymi, nie są demokracjami? Podstawę dla demokracji nie stanowi zasada unitarności, ale dwie głowne wartości tj. wolność indywidualna i sprawiedliwość społeczna. W ramach procedur jakie daje nam demokracja nad pozostałymi kwestiami możemy dyskutować. Argument, że autonomia jest nie do zaakceptowania, bo nie ma jej w konstytucji, to żaden argument.

środa, 22 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (4.1)

Zanim przejdę do omówienia kolejnego tekstu, pragnę rozwinąć wątek, którym zakończyłem post nr 4 poświęcony autonomii Śląska. Wnioski do jakich tam dochodzę umożliwiają, moim zdaniem, ukazanie immanentnej sprzeczności, która tkwi w stanowisku przeciwników autonomii naszego regionu.

Skrótowe przypomnienie tamtych wniosków. Moje dotychczasowe analizy doprowadziły mnie do stwierdzenia, iż w dyskusji dotyczącej autonomii Śląska da się wyodrębnić dwa główne jej obszary. Pierwszy, z którym krytycy autonomii (przynajmniej ci liberalni, konserwatystów będe jeszcze analizował) są zgodni z jej zwolennikami - jest to obszar dotyczący sfery ekonomiczno - administracyjno - obywatelskiej. Ogólnie chodzi o ideę pogłębionej samorządności, czyli poprzez zmiany administracyjne doprowadzenie do zwiększenia poziomu upodmiotowienia obywateli w ich regionach, a tym samym uzyskanie większej efektywności ekonomicznej. Drugi obszar dotyczy kwestii kultury, historii, dziedzictwa i tożsamości śląskiej. I to on jest tym obszarem, który nie może zostać zaakceptowany przez analizowanych przeze mnie do tej pory krytyków autonomii.

Zauważmy jednak, iż owi krytycy są niekonsekwentni kiedy pozytywnie odnoszą się do pierwszej sfery dyskusji a negatywnie do drugiej. Dlaczego? Ano popatrzmy jak sprawa wygląda. Najpierw się mówi: dajmy regionom większą samorządność, większą wolność w działaniu, w ten sposób zwiększymy ich aktywność, stopień odpowiedzialności i zmniejszymy biurokrację. Dobrze więc - dajemy taką pogłębioną samorządność także Śląskowi. W ramach tej pogłębionej samorządności tj. odejścia od pełnienia przez państwo roli nadopiekuńczego rodzica i dania większej wolności regionowi - Śląsk prowadzi także własną politykę tożsamościową, kulturalną, afirmując swoją narrację historyczną (oczywiście nie przekreśla to wszelkich związków z kulturą i historią Polski, ale działania te wykraczają poza jej konstytutywne elementy). Co się jednak okazuje? Mianowicie takie działanie, które jest realizacją pogłębionej samorządności - idei samostanowienia regionu, spotyka się z krytyką tych, którzy przed chwilą przyznali regionowi prawo do samostanowienia. Z jednej strony daje się nam pogłębioną samorządność, a z drugiej się ją nam zabiera. Polscy politycy byliby skłonni dać Śląskowi możliwość zwiększonego samostanowienia, ale o tyle o ile byłoby ono przez niego realizowane zgodnie z ich wytycznymi. Centrala zachowuje się nadal jak nadopiekuńczy rodzic, który owszem pozwolił wyprowadzić się dziecku na swoje mieszkanie, ale który dzwoni do niego po kilka razy dziennie mówiąc co ma jeść, co ma czytać, z kim może się spotkać. To brak konsekwencji, nierealizowanie do końca zamierzonych postulatów i w rezultacie brak upodmiotowienia Ślązaków.

Moim zdaniem, krytycy autonomii Śląska popadają w sprzeczność ze względu na brak tolerancji i zaufania do Ślązaków, które tkwi u podstawy ich stanowiska. A ten motyw już kilka razy przerabialiśmy w historii. Był on obecny w II Rzeczypospolitej (polityka względem Korfantego, polityka realizowana przez Michała Grażyńskiego). Także PRL wcale nie był państwem pozbawionym antagonizmów etnicznych, często pamięta się w tym zakresie głównie o roku 1968, zapominając o polityce wobec Ślązaków i Niemców (obozy, zakaz rozwoju kultury i języka). Zaś w III Rzeczypospolitej Polacy nie chcą zgodzić się na nadanie Ślązakom statusu mniejszości narodowej. Gdzie Czesi już dawno to uczynili. Także nie okazują, moim zdaniem, dobrej woli w kwestii zrozumienia postulatów Ślązaków pragnących otrzymać autonomię. Śląsk to nie region jak każdy inny w Polsce. To u nas żyją dwie najliczniejsze mniejszości etniczne - śląska i niemiecka. Różnimy się od reszty Polaków, ale pragniemy z pełnym przekonaniem w pełni uczestniczyć w strukturach demokratycznego państwa polskiego.
W związku z przedstawioną sprzecznością proponuje w celu jej usunięcia, aby jasno określić się zgodnie z kierkegaardowską zasadą albo-albo. Albo rzeczywista pogłębiona samorządność bez przyszywanego nadzoru w sferze kultury i historii (co nie oznacza odrzucenia kultury i historii polskiej. Na Śląsku żyje bardzo dużo Polaków, przecież oni uczestniczyliby w autonomii tego regionu) albo w ogóle zrezygnujmy z postulatu pogłębiania samorządności i przestańmy udawać, że nam na nim zależy.

wtorek, 21 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (4)

Przedmiot analizy: wywiad z Tomaszem Nałęczem

Nałęcz rozpoczyna swoją wypowiedź od stwierdzenia, iż działalność RAŚ stanowi zagrożenie dla samorządności polskiej. W tej krytyce nie chodzi mu jednak o postulat pogłębionej samorządności, ale o postulaty, zachowania i stwierdzenia RAŚiu, które szkodzą polskiej samorządności. W jakim wymiarze działalność RAŚ szkodzi polskiej samorządności zdaniem Nałęcza?

W idei samorządności, twierdzi on, nie powinno występować przeciwstawienie patriotyzmu państwowego i patriotyzmu lokalnego. W samorządności każdy Polak akcentuje swój patriotyzm poprzez pracę na rzecz swej lokalnej wspólnoty. Zaś patriotyzm śląski jest przeciwstawiany przez RAŚ patriotyzmowi polskiemu. Zdaniem Nałęcza - tym samym działalność RAŚ szkodzi samorządności. Ten sam argument podnosi Jerzy Buzek. Odpowiedziałem na ten zarzut w poprzednim poście. Ale jeszcze raz - tym razem bardziej syntetycznie:
Podstawą obrony przed tą krytyką stanowi rozróżnienie na dwie koncepcje narodu czy też dwie formy patriotyzmu  - obywatelską i etniczną. Różnią się one odpowiedzią na pytanie - kto jest np. Polakiem? W przypadku patriotyzmu obywatelskiego Polakami są wszyscy obywatele państwa polskiego tj. nie tylko etniczni Polacy, ale także członkowie różnych mniejszości narodowych i etnicznych zamieszkujących obszar Polski. Z kolei w przypadku patriotyzmu etnicznego Polakami są etniczni Polacy. Mniejsza o dokładne kryteria przynależności do tej kategorii. Nie są one tutaj istotne. Faktem jest, że w tej grupie na pewno nie  znajdą się osoby, które deklarują przynależność do któreś z mniejszości narodowych i etnicznych. Wracając do kwestii krytyki patriotyzmu śląskiego - nie jest on definiowany jako opozycyjny w stosunku do państwa polskiego, tym samym nie jest przeciwstawiany patriotyzmowi obywatelskiemu. Jest z kolei definiowany jako opozycyjny w stosunku do polskiej tożsamości etnicznej. Co jest oczywistym ze względu na odrębność tożsamościową Ślązaków. Jaki sens ma zarzucanie Ślązakom, iż określają swój patriotyzm (etniczny) jako opozycyjny wobec polskiego? Twierdzenie czegoś podobnego jest analogiczne do sytuacji, w której zarzuca się mniejszości polskiej na Ukrainie, że przeciwstawia swój patriotyzm (etniczny) patriotyzmowi ukraińskiemu. Tym samym krytykuje się to, iż Polacy na Ukrainie dbają o swoją kulturę, przekaz historyczny, posługują się swoim rodzimym językiem. Czy jednak Polak mieszkający na Ukrainie nie może być mimo tego lojalnym obywatelem ukraińskim? Moim zdaniem może. Tak samo Ślązak, który określa swoją tożsamość wykraczając poza kulturę, historię, mentalność polską i wratości typowo polskie może być lojalnym obywatelem państwa polskiego. Gdzie tutaj sprzeczność? Wmawianie ludziom, że Ślązacy przeciwstawiają swój patriotyzm polskiemu to retoryczny chwyt, bądź też po prostu mówienie nieprawdy. Zaś skutki takich działań prowadzą do pogłębienia niechęci większości Polaków do Ślązaków. Tym samym jest to próba zwiększenia podziałów społecznych, co w rezultacie zamiast do pogłębienia samorządności prowadzi do pogłębienia konfliktów społecznych.
Do faktu, iż Kaszubi nie określają swojej tożsamości w opozycji do tego co polskie, także już odniosłem się w poprzednim poście. W skrócie: Po pierwsze Kaszubi nie mają powodu do tego aby określać swoją tożsamość w opozycji do tego co polskie, a Ślązacy mają. Po drugie, Kaszubi są gurpą etniczną w ramach narodu polskiego, zaś Ślązacy są grupą etniczną, która wykracza poza naród polski. Nie jesteśmy Polakami (w rozumieniu etnicznym a nie obywatelskim) - czy potraficie to zaakceptować? My akceptujemy waszą inność, czy wy możecie zrobić to samo z nami?

Teraz troche o retoryce tekstu. Wypowiadający się stosuje bardzo sprytne retoryczne zabiegi. W pierwszym przypadku chodzi o "zdziecinnienie" przeciwnika, ukazanie go jako niedojrzałego. Nałęcz twierdzi, że twierdzenia liderów RAŚ to fascynacja okresu dojrzewania - wynik potrzeby  emancypacji. Dodaje on także, że są oni niedojrzali. Proponuję w takim razie zobaczyć wywiady z Jerzym Gorzelikiem - gdyby przynajmniej połowa polskich parlamentarzystów dysponowała takim stopniem dojrzałości w sposobie prowadzenia dyskusji i prezentowania swego stanowiska co on, to z pewnością wzrósł by ogólnopolski poziom zadowolenia z działalności polityków. Postulaty RAŚ-iu nie są wyrazem żadnej niedojrzałości, tylko wyrazem stanowiska wielu mieszkańców Śląska. No chyba, że niedojrzałymi nazwiemy ponad sto tysięcy ludzi, którzy głosowali na RAŚ, oraz wcześniej przyznawali się do narodowości śląskiej. Takie zabiegi retoryczne, to próba marginalizacji przeciwnika, ukazanie go jako niekompetentnego, a tym samym rezygnacja z dialogu z nim. 
Drugi przykład zabiegu retorycznego służy wykorzystaniu antagonizmu polsko - niemieckiego. Nałęcz twierdzi, że w okresie międzywojennym Niemcy prowadzili wojnę celną, aby zniszczyć Śląsk. Zauważmy, że to twierdzenie nie mówi tylko o faktach tj. Niemcy podejmowali pewne działania, ale o motywacjach ze względu na które podejmowali oni te działania. Dlaczego jednak Niemcy mieli by chcieć niszczyć Śląsk, który przez wieki rozwijali i który należał do nich? Jeśli już podejmowali działania wrogie wobec kogoś i chcieli komuś zaszkodzić to Polsce. Nie usprawiedliwiam tutaj tych działań. Chodzi mi o wykazanie kolejnego zabiegu retorycznego, który przez zawężenie prowadzi do twierdzenia nieprawdy, a tylko oddziałuje niepotrzebnie na emocje.

Przyznaję, ze problematyczne mogą się wydawać niektóre wypowiedzi Jerzego Gorzelika np. o małpie która zepsuła zegarek, czy to, że nigdy nie przysięgał na lojalność wobec państwa polskiego. Jednak, z tego co mi wiadomo, Gorzelik nie podtrzymuje już tych wypowiedzi. Sam niedawno złożył przysięgę w sejmiku województwa, które jest częścią państwa polskiego. Skoro sam autor się odżegnuje od nich i przedstawia nowe, spójne, konstruktywne stanowisko, to podejmowanie analizy pewnych cytatów z przeszłości nie służy sprawie, a tylko paraliżuje dyskusję.

Nałęcz przedstawia bardzo ciekawy argument dotyczący historii Śląska. Mianowicie w okresie międzywojennym część Śląska dostała się w polskie ręce, ale mimo to rozwijała się. Zaś w okresie PRL-u Śląsk był przedmiotem zazdrości ze strony innych województw. Także do tej kwestii odnosiłem się w analizie nad wypowiedziami Buzka. Co do całości regionu tezy te mogą być prawdziwe. Jednak nie są one prawdziwe jeśli chodzi o samych Ślązaków (argumenty przedstawiam w tamtym poście). Proponuje także zobaczyć film Kazimierza Kutza "Perła w koronie", który podejmuje losy Ślązaków w okresie międzywojennym.

Należy się jednak w pełni zgodzić z Nałęczem, kiedy twierdzi, iż problemy jakie spotkały region tak mocno uprzemysłowiony jak Śląsk nie wynikają wszystkie z polityki państwa polskiego. W przeciągu ostatnich lat nie tylko polskie kopalnie są zamykane, ale także niemieckie, austriackie i inne. Nie tylko w Polsce przemysł ciężki przeżywa kryzys, ale także w innych krajach. Rzeczywiście w dobie globalizacji jest oczywistym, iż procesy w danych regionach nie są wynikiem tylko polityki określonego państwa, ale także procesów globalnych. Jednakże jak to się dzieje, że mieszkańcy Śląska mogą wyjeżdżać np. do Hiszpanii czy Czech i tam znajdują zatrudnienie w kopalniach, zaś w Polsce te kopalnie są zamykane? Dla mnie to tajemnica. Nie wiem jak odpowiedzieć na to pytanie. Ale tutaj znowu następuje redukcja problemów Śląska do ekonomii i administracji - która była obecna także w przypadku Buzka. W postulatach RAŚiu nie chodzi tylko o to, ale także o dowartościowanie kultury, historii i tożsamości śląskiej. 

Mam wrażenie, że problem autonomii podzielił się jakby na dwa obszary. Postulaty RAŚ-iu dotyczą z jednej strony regionu śląskiego i pogłębionej samorządności  tj. większej samodzielności ekonomicznej, administracyjnej i obywatelskiej - nie tylko Śląska, ale wszystkich regionów w Polsce. I z tym postulatem zgadzają się w pewnej mierze - zarówno Buzek i Nałęcz, a nawet Cichocki mówił o zmianie polityki centrali państwa w stosunku do regionów. Drugi obszar postulatów RAŚ-iu dotyczy Ślązaków i ich tożsamości - godki śląskiej, dziadków w Wehrmachcie, pełnej afirmacji historii Śląska. Czyli akceptacji istnienia silnej tożsamości śląskiej, która w regionie Śląska stanowi poważną (także liczebnie) alternatywę dla tożsamości polskiej. Te postulaty są demonizowane w analizowanych wypowiedziach. Pokazuje się Ślązaków jako separatystów, jako nielojalnych w stosunku do państwa polskiego, jako odrzucających patriotyzm polski. 

Podział na te dwa obszary postulatów i raczej pozytywne odniesienie do pierwszego, zaś zdecydowanie negatywne do drugiego świadczy, moim zdaniem, przede wszystkim o braku tolerancji ze strony Polaków dla odmienności śląskiej. I nie przekonują mnie argumenty, że Polacy obawiają się, że Ślązacy będą stanowić zagrożenie dla tożsamości Polaków mieszkających na Śląsku. Powtórzę w tym miejscu argument, który już przytaczałem - w ten sam sposób zaborcy pruscy argumentowali na rzecz wzmocnienia germanizacji regionów zamieszkanych przez Polaków. Jest to działanie konieczne, bo inaczej Polacy spolonizują dobrze zarabiających, mających lepsze dojścia do systemu władzy, wspomaganych przez policję Niemców. Absurd. Taka argumentacja to kolejny sposób na ucinanie dyskusji i marginalizację przeciwnika. W tej sprawie potrzebujemy z kolei wzajemnego zrozumienia i tolerancji dla inności. Polacy nie mają się czegokolwiek obawiać ze strony Ślązaków. My chcemy tylko akceptacji dla tego czym jesteśmy. Podejrzenia o dążenia separatystyczne, przyłączenia Śląska do Niemiec itd. to efekt "świadomości oblężonej twierdzy". Brak ugruntowania własnej tożsamości, postrzeganie każdego jako wroga to nieodłączni towarzysze nietolerancji. Jak was przekonać, że w niczym wam nie zagrażamy, a wręcz przeciwnie - chcemy razem z wami działać na rzecz dobra kraju. Jedynej rzeczy jakiej chcemy to akceptacja naszej inności.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (3)

Przedmiot analizy: wywiad z Jerzym Buzkiem

Moim zdaniem, są cztery kluczowe kwestie podejmowane przez Buzka w jego wypowiedzi: krytyka samorządności Śląska realizowanej przeciwko Polsce, porównanie "śląskich krzywd" do krzywd innych regionów Polski, pozytywne odniesienie się do działalności Związku Górnośląskiego oraz stwierdzenie, iż właściwie to zgadza się z RAŚ-iem.

1. Jerzy Buzek uważa, iż Ślązacy inaczej niż Podhalanie, Wielkopolanie czy Kaszubi budują swoją specyficzną tożsamość w opozycji do tego co polskie. Także postulowana przez nich samorządność miałaby być realizowana przeciwko Polsce.
Po pierwsze. Czym jest to co polskie? Chodzi o demokratyczne państwo polskie czy też etnicznie rozumiany naród polski? Jeśli to pierwsze to wypowiedź, iż Ślązacy określają swoją tożsamość w opozycji do takiego demokratycznie rozumianego państwa, jest nieprawdziwa. RAŚ nigdy nie wystąpił przeciwko państwu prawa, nigdy nie prowadził działalności terrorystycznej tak jak np. separatyści baskijscy czy irlandzcy. Manifestacje tej organizacji zawsze przebiegają pokojowo. Jej członkowie z kolei aktywnie uczestniczą w demokratycznych strukturach państwa polskiego. Jeśli zaś to co polskie oznacza etniczny naród Polski - jego język, kulturę, historię, to owszem Ślązacy budują swoją tożsamość - nie powiedziałbym, że w opozycji do tego co polskie - ale wykraczając poza to co polskie. Pragnę przypomnieć, że nasi przodkowie przez wieki żyli w państwie pruskim, wcześniej austriackim, a jeszcze wcześniej czeskim. Mówimy innym językiem. Mamy inną mentalność. Nasi pradziakowie i dziadkowie często służyli w Wehrmachcie. Określamy swoją tożsamość wykraczając poza to co polskie i często podkreślamy np. niemiecką specyfikę naszej kultury czy historii. Dlaczego to robimy? Bo taka jest prawda. Mamy udawać i przeinaczać historię naszych rodzin? To Niemcy przez kilka wieków określali politykę, przemysł i kulturę Śląska, a tym samym w ramach ich projektu cywilizacyjnego były określane losy naszych przodków. Tym różnimy się do Podhalan czy Kaszubów, że oni uważają się za grupy etniczne w ramach narodu polskiego. My z kolei uważamy się za grupę etniczną, która swoją specyfiką wykracza - i to znacznie - poza to co polskie.
Jeśli więc wykraczamy poza to co polskie to tylko w etnicznym rozumieniu polskości, a nie w znaczeniu  państwa polskiego. Tym samym nie zagrażamy państwu polskiemu, o ile ono jest demokratycznym państwem prawa, które w oparciu o wolność i sprawiedliwość traktuje wszystkich swoich obywateli w sposób równy. Jeśli tak jest to Jerzy Buzek nie ma się czego obawiać. No chyba, że państwo polskie nie jest demokratycznym państwem prawa i nie wszyscy obywatele mają takie same prawa. Wtedy proszę głośno mówić o tym, że w Polsce żyją obywatele dwóch kategorii - prawdziwi Polacy i przyszywani Polacy.
Po drugie, Podhalanie czy Kaszubi nie określają swojej tożsamości w opozycji wobec polskości, ponieważ owa polskość nigdy ich tożsamości nie zagrażała. Kultura góralska przynajmniej od czasów Młodej Polski stanowi żywy element wyższej kultury polskiej. Z kolei Kaszubi mogli kultywować swoją tożsamość już w czasach PRL-u - przynajmniej od 1956 roku (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Zrzeszenie_Kaszubskie). Z kolei nam - Ślązakom i Niemcom śląskim - zabroniono mówić w języku ojczystym po 1945 roku. Kara grzywny była stosowana w stosunku do tych, którzy w miejscach publicznych mówili po niemiecku. Usuwano wszelkie ślady obecności niemieckiej na tych ziemiach - zmiany napisów na budynkch, zmiana nazw ulic, zmiana nazwisk. Wyższe funkcje publiczne zajmowali w większości przypadków ludzie, którzy przyjeżdżali z głębi Polski. Z wyższymi funkcjami w przemyśle było podobnie. Tym samym pozbawiono nas możliwości pełnej afirmacji naszej tożsamości. Pełnej tzn. zawierającej zarówno polską jak i niemiecką czy czeską składową.
Prawda jest taka, że to nie Ślązacy mają problem z polskością, tylko Polacy nie mogą zaakceptować śląskości - tego, że inaczej mówimy, że bycie Niemcem nie oznacza dla nas a priori czegoś negatywnego, że potrafimy także pozytywnie odnosić się do niemieckiej historii naszego regionu. My akceptujemy obecność Polaków na Śląsku już od dawna, akceptujemy kulturę polską, wysyłamy dzieci do polskich szkół. Jednak kiedy pragniemy afirmować całą prawdę naszego regionu i naszej tożsamości to nagle się okazuje, że nie jesteśmy dobrymi Polakami. Powtórze raz jeszcze - jesteśmy dobrymi obywatelami Polski - tak samo jak dobrymi obywatelami Polski są członkowie mniejszości ukraińskiej, białoruskiej czy litewskiej. Jednak podobnie jak oni nie są etnicznymi Polakami tak i my - Ślązacy nie jesteśmy etnicznymi Polakami. A redukowanie naszego statusu do statusu Górali czy Kaszubów tj. do grupy etnicznej w ramach narodu polskiego, jest brakiem tolerancji dla naszej odmienności etnicznej, która wykracza poza naród polski. Można powiedzieć, że jesteśmy specyficznymi mieszańcami, które prócz polskich naleciałości czynią częścią swej tożsamości także elementy niemieckie i inne.

2. Jerzy Buzek twierdzi, że po wojnie nie tylko Śląsk ponosił koszty odbudowywania stolicy i kraju, ale także inne regiony. Tak samo później to nie tylko Śląsk był zaniedbywany przez "centralę", ale także inne regiony.
Owszem należy sie z tym zgodzić. Jednak ta wypowiedź redykuje roszczenia Ślązaków do sfery zmiany urządzenia administracji państwa oraz sfery ekonimicznej. To jednak nie wszystko o co nam chodzi. Nawet jeśli to równe obciążenie ekonomiczno - administracyjne dotyczyłoby także innych regionów, to nadal pozostaje faktem, iż to kultura śląska, tożsamość i historia tego regionu i jego mieszkańców uległa zaniedbaniu. Mazowszanie, Wielkopolanie czy Małopolanie mogli w pełni czuć się u siebie, i oddychać pełna piersią powietrzem przesiąkniętym kulturą z którą się utożsamiali. To z kolei naszym dziadkom i rodzicom zabroniono mówić w rodzimym języku, to dla nich był zamknięty awans na wyższych szczeblach administracji publicznej i w przemyśle. Równość obciążeń różnych regionów w Polsce, w tym także Śląska nie oznacza równości obciążeń różnych mniejszości etnicznych w ramach państwa.
Buzek mówi także, że nie należy się licytować kto poniósł większe straty. Wypowiedź ta rzucona w tym kontekście, aby pozostać racjonalną musi zakładać, iż straty w tym wypadku tj. w wypadku śląska są błahe. Jeśli ta wypowiedź tego nie zakłada to dopuszcza brak reakcji na jawną niesprawiedliwość. Jeśli ktoś rzeczywiście poniósł straty większe od innych, to dlaczego nie ma się głośno o to upomnieć? Sprawiedliwość tego wymaga. A my upominamy się tylko o to co każdemu obywatelowi demokratycznego państwa się należy - szacunek dla jego kultury i tożsamości, możliwość jej ochrony i rozwoju, oraz możliwość odpowiedzialnego stanowienia o sobie - i to nie tylko w czterach ścinach swego domu, ale także w sferze publicznej.

3. Po tym jak Buzek dokonał krytyki koncepcji autonomii Śląska, zaproponował swoją koncepcję samorządności wszystkich regionów Polski. Zaprawde trudno tutaj dostrzec jakąkolwiek rozbieżność z postulatami RAŚ-iu. Ostateczenie wydaje się, że Buzek boi się pojęcia autonomia jak diabeł święconej wody, i w zastępstwie na określenie tych samych idei co w przypadku RAŚ-iu posługuje się tylko odmiennym pojęciem.

4.Wskazuje on także na Związek Górnośląski jako na tą organizację, która walczy o samorządność Śląska. Nie chcę tutaj z tym polemizować. Pragnę tylko zwrócić uwagę, że na Śląsku istnieją różne organizacje, które w większym lub mniejszym stopniu reprezentują rożne grupy etniczne naszego regionu. Prócz ZG istnieje oczywiście Ruch Autonomii Śląska, a także Związek Ludności Narodowości Śląskiej, Niemiecka Wspólnota "Pojednanie i przyszłość" oraz Towarzystwo Społeczno - Kulturalne Niemców. Wielość organizacji na Śląsku odpowiada wielości grup etnicznych go zamieszkujących. Prócz Polaków, Niemców i Ślązaków, żyją tutaj także osoby, które w sposób bardziej złożony określają swoją tożsamość np. jako polskich Ślązaków czy niemieckich Ślązaków. Tak się akurat składa, ze przywołany przez Jerzego Buzka Związek Górnośląski jest ze wspomnianych organizacji organizacją najbardziej pro-polską. Te pozostałe organizacje w większym stopniu uwzględniają interesy tych grup, których tożsamość jest w mniejszym stopniu akceptowalna przez Polaków. 
Oczywiście nieprawdą jest, że śląskość nie ma w ogóle związku z polskością. Nic podobnego nie sugerowałem. W moich uwagach chodziło mi, o krytykę zawężania tożsamości śląskiej do polskości.  Takie postępowanie jest nieuzasadnione. Próby posądzania nas o działalność wbrew Polsce nie liczą się z tym, że w sposób naturalny nasza tożsamość wykracza poza to co polskie. Krytykowanie nas za to, to negowanie prawdy historycznej i kulturowej naszego regionu i przejaw braku tolerancji dla nas samych.

środa, 15 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (2)

Przedmiot analizy: wywiad z Markiem Cichockim

Każdy może zapoznać się z treścią wywiadu. Ja tylko przytoczę najistotniejsze punkty wypowiedzi Cichockiego i odniosę się do nich.

1. Polska jest krajem bardzo jednorodnym, jeśli chodzi o terytorium i kwestie etniczne.
Owszem jest faktem, że Polska jest krajem bardzo jednorodnym etnicznie. Ale z tego nie wynika, że Polska jest krajem całkowicie jednorodnym etnicznie. Za to jest faktem, iż Górny Śląsk jest najbardziej niejednorodnym etnicznie regionem Polski. Żyją tutaj m.in. Polacy, Ślązacy i Niemcy. I zarówno Ślązacy jak i Niemcy w tym regionie nie stanowią ilości będących na granicy błędu statystycznego. Poza tym także faktem jest, że Polska jest państwem demokratycznym, które chroni każdego obywatela. Obywatele Polski to z kolei nie tylko etniczni Polacy, którzy jednak owszem stanowią większość. Obywatelami Polski są także członkowie mniejszości narodowych i etnicznych. Na Śląsku istnieje pewna grupa osób - co do deklaracji z 2002 roku ok. 173 tyś., którzy nie czują się etnicznie Polakami, a twierdzą że są Ślązakami. W imię czego odmawia się im prawa do tego typu samookreślenia?  Jeśli w formie referendum większość mieszkańców województw śląskiego i opolskiego, które są najbardziej niejednorodnymi etnicznie w Polsce, opowie się za autonomią, to co dla wyniku takiego referendum wynika z faktu, iż Polska jest krajem bardzo jednorodnym etnicznie? 
Jednakże uwagi Cichockiego nakierowują słusznie na inny problem. Mianowicie w jaki sposób w państwie demokratycznym, w którym o obowiązujących zasadach decyduje zawsze większość, a nie mniejszość, należy uwzględnić interesy mniejszości? Wiadomo, że w demokratycznych wyborach w państwie gdzie większość stanowią etniczni Polacy, heteroseksualiści, katolicy, to zawsze te grupy będą ustanawiały prawa, które będą obowiązujące także dla mniejszości - etnicznych, seksualnych i religijnych. Pewną odpowiedzią na to zagadnienie (ale wróce do niego kiedy indziej, bo wydaje mi się w tym sporze jednym z kluczowych) może być argument z szacunku dla osoby, który przedstawiłem w poście wcześniejszym.

2. Trudno dostrzec realne społeczne i ekonomiczne argumenty, które uzasadniałyby poważne mówienie o takiej idei (idei autonomii Śląska). Twierdzenie to jest moim zdaniem nieprawdą. Argumenty za autonomią Śląska podaje w poście - Autonomia Śląska - dlaczego tak (1) (http://filozofiaslaska.blogspot.com/2010/12/autonomia-slaska-dlaczego-tak-1.html).

3. Cichocki odnosi się krytycznie do argumentu historycznego za autonomią Śląska. Z faktu, iż Śląsk cieszył się autonomią w dwudziestoleciu nie wynika, iż należy mu się ona teraz. Ten konserwatywny myśliciel przytacza przykład Polski, która także przed II WŚ posiadała np. "ziemie wschodnie", które dziś należą do Ukrainy, Białorusi i Litwy. Jednak  nie domaga się Polska przyłączenia tych ziem na podstawie tego, iż kiedyś były one polskie. Podobnie więc Śląsk nie ma podstaw do roszczeń na podstawie tego co było przed II WŚ.
Ta analogia, moim zdaniem, nie jest jednak do końca uzasadniona. Po pierwsze, żądania  przez Polskę zwrotu dziś ziem wschodnich  i w rezultacie przesunięcie granic, jest pomysłem dalece bardziej radykalnym i nierealnym aniżeli autonomia jednego z regionów państwa w ramach tego państwa. Po drugie należało by zapytać czy obecni mieszkańcy byłych "ziem wschodnich" chcieliby takiego przyłączenia. Przecież dzisiaj w większości mieszkają na tamtych ziemiach Ukraińcy, Białorusini czy też Litwini. Cichocki podmiotem roszczeń w swoim przykładzie czyni państwo Polskie, zaś podmiotem dla roszczeń śląskich - o ile mniej radykalnych - jest ludność Śląska, która pragnie przyznania autonomii w ramach demokratycznych procedur. 

4. Zgadzam się z uwagą Cichockigo, iż problemem dzisiejszego Śląska jak i innych regionów jest zbyt małe wywiązywanie się centrum z podstawowych obowiązków tworzenia warunków rozwoju regionalnego. Następnie sugeruje on aby zmienić sposób administrowania państwem tak aby bardziej uwzględnić interesy regionalne. Bardzo słusznie, trudno się z tym nie zgodzić. Jednakże na te zmiany administrowania, na dekomunizację w sferze administracji czekamy już 20 lat. Jeśli państwo zaproponuje nam coś konstruktywnego, co rozwiąże problemy Śląska, to po przydyskutowaniu takiego rozwiązania, może zostać ono przyjęte. Jednakże dopóki tak nie jest, nie mamy zamiaru czekać na chęci czy też łaskę centrum. To my a nie kto inny jest głównie odpowiedzialny za nasz region, i chcemy wziąć na siebie tą odpowiedzialność. Każdy projekt idący z centrum powitamy z otwartymi ramionami, tylko wcześniej niech on się pojawi.  5. Pragnę  zwrócić także uwagę na niektóre zwroty Cichockiego, które ujawniają jego schematyczny sposób ujmowania Śląska oraz jego problemów. Ukazują one wyraźnie stopień niezrozumienia specyfiki regionu. Twierdzi Cichocki, iż kwestia autonomii Śląska była żywa na początku lat 90, a teraz to jest raczej egzotyczny pomysł. Ja żyję na Śląsku i to właśnie w ostatnich latach problematyka tożsamości śląskiej, wzmocnienie afirmatywnego stosunku do tego co nasze się pojawiła. Dowodem na to jest np. podwójny wzrost poparcia dla RAŚ w niedawnych wyborach samorządowych na poziomie wojewódzkim. Cichocki uważa także, że kwestia autonomii Śląska to kolejny temat zastępczy dla obecnego rządu PO. Ale ta uwaga  bezpośrednio uderza w sposób prowadzenia polityki przez obecny rząd i niczego nie ujmuje kwestii autonomii. Jeśli jest ona słuszna, to czy to wina autonomistów, że PO pragnie wykorzystać pomysły Ślązaków dla swych partykularnych celów? Jeśli nawet byłoby prawdą, że to temat zastępczy dla rządu, to czy w jakikolwiek sposób przeczy to zasadności postulatów RAŚ-u? Ale to podejrzenie o zastępczości tematu autonomii, świadczy także o braku poważnego podejścia Cichockiego do podejmowanego tematu. Ta  kwestia nie jest zastępczą dla mieszkańców najbardziej uprzemysłowionego regionu kraju, gdzie żyje kilka milionów ludzi. Uwagi te przejawiają pewien stopień niezrozumienia ludzi z centrum, dla tego co dzieje się na jego peryferiach.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (1)

Po sukcesie wyborczym RAŚ-u (http://autonomia.pl/) wiele czołowowych ludzi świata polityki i publicystyki zaczęło się wypowiadać na temat autonomii Śląska oraz autonomizacji poszczególnych regionów w Polsce w ogóle. Po przeczytaniu artykułów kilku z nich stwierdziłem, że są one pełne retorycznych zabiegów, wewnętrznie sprzeczne lub po prostu świadczą o znikomej wiedzy wypowiadającej się osoby na podejmowany temat. Dlatego - jak to się u nas godo: przyszła kryska na matyska - i postanowiłem odnieść się krytycznie do poszczególnych tekstów, które znalazłem w internecie. Są to m.in. wypowiedzi - Marka Cichockiego, Jerzego Buzka, prezydenta naszego kraju Bronisława Komorowskiego, Donalda Tuska, Grzegorza Napieralskiego, Tomasza Nałęcza. Od razu pragnę uprzedzić fakty, iż w niektórych artykułach dostrzegam pozytywne uwagi, które na drodze do naszej autonomii powinny zostać uwzględnione.

Na początek jednak sprawa oczywista, ale której niektóre osoby jakoś nie mogą pojąć - autonomia Śląska nie oznacza oderwania Śląska od Polski. Podajcie mi nazwisko jednego zwolennika autonomii, który by chciał oderwania Śląska od Polski. A tym bardziej przyłączenia go do Niemiec. Absurd. Jeśli jednak uważacie, że tylko teraz mówimy a autonomii, a gdy ją uzyskamy to będziemy chcieli więcej, to znaczy, że lepiej wiecie od nas samych czego my naprawdę chcemy i co myślimy. Mówimy jasno - chcemy autonomii a nie separacji. Wiemy, że sytuacja Śląska w obecnej Polsce jest inna niż przez II WŚ i stał sie on integralną cześcią państwa Polskiego, które stało się także naszym domem. To jednak nie zmienia faktu, iż istnieją argumenty za autonomią naszego regionu. Narazie udało mi się skonstruować pięć takich argumentów: historyczny, społeczny, ekonomiczny, z szacunku dla osoby i z wolności osoby w określeniu jej tożsamości.

a) argument historyczny. Jak zapewne większość z Was wie, Śląsk dysponował już w swej historii autonomią regionalną będąc jednocześnie częścią państwa polskiego. Została ona mu przyznana formalnie w 1920 roku. Realnie zaś zaczęła funkcjonować w 1922 roku i trwała aż do 1939 roku. Co takiego przysługiwało Śląskowi w ramach jego autonomii: własny parlament, własny skarb (oraz szczególne zasady rozliczania się z centralą Polski), własna policja, dwujęzyczność w urzędach sfery publicznej, własna polityka edukacyjna, oraz inne prawa w zakresie polityki społecznej czy komunikacji (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Autonomiczne_wojew%C3%B3dztwo_%C5%9Bl%C4%85skie). Formalnie autonomia przestała istnieć w 1945 roku, gdy została zniesiona przez komunistyczne władze PRL. Autonomia Śląska to nie wymysł grupy polityków, którzy chcą szczególnych praw dla tego regionu, ale to próba odzyskania tego co kiedyś zostało zabrane.
b) argument społeczny. Zgodnie z liberalną zasadą samopomocy (subsydiarności), o ile niższe szczeble organizacji społecznej są w stanie same zadbać o swoje sprawy, realizację zadań i rozwiązują swoje problemy o tyle wyższe szczeble społecznej organizacji nie powinny się wtrącać. Ingerencja z wyższych szczebli władzy jest uzasadniona tylko gdy pomoc jest konieczna. Państwo, które nie stosuje się do tej zasady zachowuje się jak nadopiekuńczy rodzic, który musi kontrolować każdą czynność wykonywaną przez podopiecznego. Taka nadopiekuńczość prowadzi do tego, iż rodzic ma zbyt dużo obowiązków i pracy (w państwie rodzą się kolejne rozbudowane szczeble władzy tj. rozwija się biurokracja). Zaś obowiązki mógłby przejąć niższe szczeble władzy o ile pozwoliłoby im sie na to. W ten sposób autonomizacja jest drogą do większej aktywności obywatelskiej, większego upodmiotowienia ludzi i dania im możliwości odpowiedzialnego działania na rzecz lokalnej wspólnoty, a tym samym także dla całego państwa.
c) argument ekonomiczny. Ten argument jest podobny do argumentu społecznego. Zapytam wprost - kto lepiej się zna na tym w jaki sposób robić, naprawiać i ulepszać buty - szewc czy profesor filozofii? Kto lepiej wie jakiego oleju, paliwa, ogumienia potrzebuje ten konkretny samochód - osoba, która jest jego kierowcą od kilku lat czy profesor socjologii? Kto będzie chętniej i bardziej aktywniej poświęcał się dla danej firmy jej właściciel czy lokalny urzędnik państwowy? Zakładam za rzecz oczywistą, iż ludzie w sposób naturalny znają się na zasadach funkcjonowania tego co ich otacza, lepiej aniżeli ludzie spoza danego obszaru. A także, że w sposób naturalny dążą do zachowania i rozwoju tego co ich otacza, i robią to lepiej od osób z zewnątrz. Czy pozwolilibyście górnikowi, który nigdy nie był nad morzem kierować polską żeglugą morską? Przypuszczam, że nie. Ale nikt lepiej od Ślązaków nie wie co jest istotne dla Śląska, nikt także bardziej od nich nie będzie się dla tegoż Śląska poświęcał. Tego czego im brakuje w obecnym stanie to brak przełożenia ich wiedzy i wysiłków na wymierne korzyści. Dlaczego? - Autonomiści policzyli, że dziś województwo śląskie wytwarza 12-15 proc. PKB, czyli 150 mld zł. Z tego do budżetu województwa wraca zaledwie półtora miliarda, czyli jeden procent (źródło: http://wyborcza.pl/1,75248,8801334,Czy_oderwa_Slask_od_Polski_.html?as=2&startsz=x). Danie możliwości autonomii zwiększa mobilność i aktywność osób zarówno w sferze społecznej (ideał obywatelstwa) jak i ekonomicznej (mniejsza biurokracja, bardziej optymalne wykorzystanie wiedzy i zapału społecznego).
d) argument z szacunku dla osoby. Autonomia i szacunek danej osoby jest zależny od tego czy ta osoba ma dostęp do własnej kultury, ma możliwość rozwoju tej kultury, oraz ma poczucie szacunku w sferze publicznej dla kultury i wartości, z którymi się identyfikuje. Równe traktowanie wszystkich obywateli danego państwa wymaga równego traktowania kultur, z jakimi oni się identyfikują, tego wymaga liberalna zasada tolerancji. Pragnę zuważyć, iż pisze tutaj o kulturze jako całości - język, sztuka, architektura, nauka, przemysł, historia, wybitne jednostki, istotne wydarzenia i miejsca itd.. Nie wynika z tego, ze państwo jest zobowiązywane do równego traktowania każdego stanowiska ideologicznego np. rasizmu czy faszyzmu. Pisze o tolerancji dla kultur a nie ideologii. Wymóg zwiększenia szacunku dla danej kultury w ramach państwa wymaga 1. że ta kultura jest rzeczywiście odrębna wobec kultury większości obywateli, 2. że do tej pory nie była darzona szacunkiem. Jeśli chodzi o pierwszą kwestie, to faktem jest, iż my Ślązacy różnimy się od Polaków co do określenia istoty naszej tożsamości kulturowej. Dlaczego? - zobacz mój post:  Ślązacy = Polacy? (http://filozofiaslaska.blogspot.com/2010/11/slazay-polacy.html). Co do drugiej kwestii, to faktem jest także, że polska polityka pamięci i świadomość społeczna jest jak narazie zamknięta na alternatywne wobec polskiej tradycji narodowej, tożsamości historyczne i kulturowe. Dlaczego? - zobacz mój post: O polskiej polityce pamięci(http://filozofiaslaska.blogspot.com/2010/11/o-polityce-pamieci-w-polsce.html). Autonomia jest drogą do zagwarantowania dowartościowania śląskiej kultury - dbanie o jej zachowanie, propagowanie i rozwój Oczywiście w obszarze Górnego Śląska nie żyją tylko Ślązacy ale także np. Polacy i Niemcy. Autonomia Śląska nie oznacza przymusu bycia Ślązakiem, wysyłania dzieci na określone zajęcia i itd.. Ale dziwnym byłoby gdyby ktoś chciał krytykować ideę autonomii pragnąć bronić polską większość przed "dominującą" śląską mniejszością. Tak jakby istniały realne podstawy do tego typu zagrożenia. Rząd pruski w XIX wieku także germanizację regionów zamieszkanych przez Polaków, uzasadniał odwołując się do potrzeby obrony przed zagrożeniem polonizacji żyjących na tych terenach Niemców. Ale biorąc pod uwagę relację sił pruskiego państwa, Niemców którzy byli u siebie i mieli za sobą cały aparat represji oraz dużo gorzej sytuowanych Polaków był to argument karkołomnie skonstruowany.
e) argument z wolności osoby w określeniu jej tożsamości. Ten argument jest inną formą argumentu z szacunku dla osoby. Także tutaj zakłada się, iż szacunek dla kultury jest istotny dla poczucia godności danej osoby i możliwości jej samorealizacji. Ale inaczej uzasadnia się odrębność pomiędzy tożsamością śląską i polską. My - Ślązacy, mimo że uważamy się za obywateli Polski i czujemy się odpowiedzialnymi za nasz kraj, to nie jesteśmy etnicznymi Polakami. Dlaczego? - ponieważ się za takich nie uważamy. Nie czujemy się Polakami, nie czynimy z etniczności polskiej i kultury polskiej istotnego elementu naszej tożsamości.  Powinniśmy więc otrzymać autonomię jeśli większość mieszkańców regionu, który ma zostać objęty autonomią dokona takiego wyboru. Czy skoro nie uważamy się za etnicznych Polaków, to czy możemy być lojalnymi obywatelami Polski? Owszem - przypominam, ze żyjemy w państwie demokratycznym, którego obywatelami prócz etnicznych Polaków są Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, Litwini, wiele innych mniejszości a także Ślązacy. Podstawą lojalności wobec państwa demokratycznego jest uznanie wspólnych praw konstytuowanych w oparciu o dwie główne wartości - wolność i sprawiedliwość. Czy jednak skoro my Ślązacy sobie wybraliśmy, że jesteśmy odrębni i chcemy na tej podstawie autonomii dla zachowania owej odrębności, co gdy np. Górale albo mieszkańcy Poznania zechcą tego samego, czy wtedy także należy  się zgodzić na te żądania? Uważam, ze jeśli to będzie żądanie poważne, uzasadnione, z którym będzie się identyfikowało przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy ludzi, to tak Ale zawsze należy zapytać - co takiego sprawiło, iż dana grupa  obywateli Polski pragnęła zamanifestować swoją odrębność i uzyskać legitymizację autonomii w sferze politycznej dla obrony tej odrębności. Ten problem dla członków mniejszości narodowych jest oczywisty. Zaś większość w tym kraju powinna sobie uświadomić, że mimo, że Polska jest krajem prawie jednonarodowym, to nie jest krajem rzeczywiście jednonarodowym. A to prawie robi w tym przypadku dużą różnicę,  bo dotyczy przynajmniej pół miliona osób.

piątek, 10 grudnia 2010

Spis powszechny z 2002 roku

W kolejnym roku tj. w 2011 odbędzie się w naszym kraju kolejny spis powszechny. Ostatni odbył się w 2002 roku. Pragnę przytoczyć wyniki istotne dla podejmowanych na moim blogu kwestii. Wyniki tego spisu wykazały, iż co do deklaracji dwiema największymi mniejszościami narodowymi w Polsce są - Ślązacy i Niemcy. Obie grupy zamieszkują w większości województwa śląskie i opolskie. Mały odsetek Niemców żyje także na Pomorzu i Mazurach. Przynależność do narodu śląskiego zadeklarowało 173,2 tyś. osób. Zaś do niemieckiego - 152,9 tyś. osób (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Narodowy_Spis_Powszechny_2002). Poniżej przedstawiam mapy dwóch wspomnianych województw z rozłożeniem zamieszkania Ślązaków i Niemców.
1. Gminy zamieszkane przez Ślązaków:


2. Gminy zamieszkane przez Niemców:




Lepsze niż w poprzedniej kadencji wyniki wyborów samorządowych zarówno Mniejszości Niemieckiej, ale głównie RAŚ-u pozwalają wysunąć hipotezę, iż ilości deklaracji narodowościowych w 2011 roku dla Ślązaków i Niemców także ulegną zwiększeniu.

Wybory samorządowe 2010

Informacje o nie tak dawnych wyborach samorządowych.
W województwie śląskim Ruch Autonomii Śląska otrzymał 8,49 % głosów i  3 mandaty (3/48). 4 lata wcześniej zdobył 4,53% głosów. RAŚ współtworzy koalicję razem z PO i PSL.
Mniejszość niemiecka w województwie opolskim zdobyła 17,8% głosów i 6 mandatów (6/30). I jest drugą po PO (31,9) siłą w województwie. PiS(17,4) a SLD (16,7).

Czy te wyniki, mimo że lepsze niż w poprzednich wyborach, prognozują uzyskanie autonomii ziem Śląska Górnego w najbliższych latach? Nie ma co ukrywać - raczej nie. A jeśli już chciałoby się optymistycznie na nie spojrzeć, to przy przyroście 4% na kadencje czeka nas długa drogą do autonomii. Ale z drugiej strony ile osób w połowie lat 70 ubiegłego wieku wierzyło w to, że tak zwany komunizm kiedyś upadnie?

niedziela, 28 listopada 2010

Patriotyzm (1)

1. Wstęp.

Celem poniższego tekstu jest dokonanie refleksji nad patriotyzmem. Spróbuję odpowiedzieć na kilka pytań w tym zakresie. Główne dwa stanowiące trzon artykułu to: czym patriotyzm jest? oraz czy posługiwanie się pojęciem patriotyzmu należy do przeszłości, czy też może da się ukonstytuować akceptowalną dziś formę patriotyzmu?
Patriotyzm – w znaczeniu ogólnym, niedoprecyzowując narazie – rozumiem jako poczucie przynależności do określonej wspólnoty, etnicznej lub narodowej, oraz podejmowanie działań na rzecz tej wspólnoty. Pomijam na razie kryteria wyznaczania zakresu tej wspólnoty (tj. narodu czy grupy etnicznej) – wspólne pochodzenie, język, terytorium, kultura, obywatelstwo określonego kraju, itd.. Nie podejmuję także na razie problemu uzasadnienia dla podejmowania aktywności na rzecz tej wspólnoty. W punkcie wyjścia istotne jest, że patriotyzm to postawa, na którą składają się dwa czynniki – poczucie przynależności do wspólnoty oraz podejmowanie działań na rzecz tej wspólnoty. Pierwszy z tych czynników nazywam biernym a drugi czynnym (uzasadnienie doboru nazw stanie się bardziej jasne w dalszej części).
W artykule będę się posługiwał kategorią wartości uniwersalnych. Nie chce tutaj wchodzić w dyskusję nad tym czy takie wartości rzeczywiście istnieją, czy są uznawane przez inne kultury itd.. Wystarczy mi przyjęcie, iż na gruncie naszej kultury tj. cywilizacji zachodniej, wartości te są uznawane za wzór normatywny. Jeśli ktoś ich nie przyjmuje, to o ile nie należy do ONR-u albo innej tego typu „inteligenckiej i elitarnej” organizacji, to jestem ciekaw jaka jest jego orientacja polityczna. Prawica (na gruncie polskim łącze to pojęcie z chrześcijaństwem)? No to proszę – św. Paweł – „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety”. Piękne ukonstytuowanie uniwersalizmu w kulturze europejskiej. Lewica? Ciekawe jak bez odwołania do uniwersalnych wartości chcecie bronić równości kobiet, homoseksualistów czy robotników oraz argumentować za zabezpieczaniem ich podstawowych wolności? Czarni i obcokrajowcy nie powinni być dyskryminowani? Czyżby byli, więc osobami wolnymi i równymi nam?
O które wartościach uniwersalne mi chodzi? Pięć wartości, które stanowią podstawę porządku demokratycznego – równość, sprawiedliwość i solidarność społeczna, wolność indywidualna i prawda. Podałem te, które uważam za najważniejsze. Nie twierdze, że to zbiór kompletny. Możliwe, że pewne z nich są pierwotne tj. pozostałe dają się z nich wyprowadzić – to nie jest istotne. Może jedni wolą podkreślać znaczenie wolności indywidualnej, zaś inni solidarność i sprawiedliwość społeczną. Dobrze, ale nie jest tak że ci pierwsi całkowicie odrzucą solidarność i sprawiedliwość, a drudzy wolność indywidualną. Wychodzi, więc na to, że z anarchistami i komunistami też w tym tekście nie dyskutuje. Jesteś anarchistą lub komunistą? Zastanów się czy dogłębnie przemyślałeś swoje stanowisko i rzeczywiście, a nie tylko dla zabawy, odrzucasz pewne z tych wartości. Będę się posługiwał kategorią wartości uniwersalnych jako ideą regulatywną, która porządkuje nasze życie publiczne. Więc ostatecznie możesz być anarchistą, komunistą czy ONR-owcem w sferze prywatnej, ale spróbuj zaistnieć autentycznie w sferze publicznej. Nie chce tutaj wchodzić w dyskusję z tymi, którzy nie uznają wymienionych wartości uniwersalnych za normatywnie obowiązujące w sferze publicznej.
W tekście będę czasem zaznaczał napięcie pomiędzy wartościami uniwersalnymi, które są „ślepe” na język, kolor skóry, płeć, pochodzenie, religię itd.. a tym co partykularne – ojczyzna, państwo, naród, klasa społeczna, grupa interesów itd.. Celem artykułu jest znalezienie m.in. współczesnej formy realizacji wartości uniwersalnych, która to jednak realizacja musi uwzględnić daną nam sytuacje historyczną tj. takie a nie inne podziały i grupy interesów. Wśród nich także – nadal żywe partykularyzmy etniczne.

2. Kategoria wspólnotowości.

Wprowadzam tutaj bardzo istotną dla dalszych rozważań kategorię wspólnotowości. Dokonuję redefinicji tego pojęcia na własne potrzeby. To jak rozumiem je nie jest tożsame z powszechnym sposobem jego rozumowania. Ogólnie kategorię wspólnotowości odnoszę do aktywnego zaangażowania na rzecz jakieś wspólnoty (myślałem o pojęciu obywatelskość, ale wspólnotowość bardziej moim zdaniem pasuje). Wspólnotowość definiuję jako postawę charakteryzująca się biernym i czynnym (pojęcia te dookreśliłem we wstępie) odniesieniem do wspólnoty w ogóle (tj. bez dookreślania charakteru tej wspólnoty przez np. odniesienie do narodu, płci, klasy społecznej). Różne formy dookreślenia owej wspólnoty, z którą dana osoba czuje się związana i dla której działa, mogą prowadzić do różnych form wspólnotowości. I tak postawa feministyczna odnosi się do wspólnoty kobiet. Postawa wspólnotowości w wydaniu proletariackim do wspólnoty klasy robotnicznej. Postawa obrońcy homoseksualistów odnosi się do grypy osób homoseksualnych. Zaś postawa patriotyczna będzie się odnosić do wspólnoty rozumianej jako naród lub grupa etniczna. Wszystkie wymienione postawy, także patriotyczna, stanowią odmiany postawy wspólntowej. Podstawą ich różnicowania jest odniesienie do takiej a nie innej wspólnoty.
W każdym z tych przykładów mamy do czynienia zarówno z biernym poczuciem przynależności do wspólnoty oraz czynnym podejmowaniem działań dla wspólnoty. Np. feministka to osoba, która czuje wspólnotę losu z resztą kobiet (mężczyzna może być feministą) oraz dąży do poprawy kobiecego losu. Zaś aktywista proletariacki to nie tylko ktoś kto czuje się proletariuszem i ma świadomość, iż dzieli los z resztą robotników na świecie, ale także poświęca się w jakiś sposób dla dobra klasy robotniczej świata.
Powyżej określone grupy to tylko przykłady, które mają pokazywać różne formy realizacji postawy wspólnotowości. Nie twierdzi się tutaj, że owe przynależności wspólnotowe nie mogą na siebie zachodzić, krzyżować się a tym samym wyznaczać bardziej złożonych tożsamości osobowych i rodzić różnego rodzaju dylematów natury moralnej. Co miałaby robić np. Ślązaczka feministka, która z jednej strony ma świadomość nierównego statusu kobiet w z natury konserwatywnych rodzinach śląskich. Z drugiej strony wie jednak, iż jej grupa etniczna stanowi najliczniejszą pod względem deklaracji mniejszość narodową w Polsce, a mimo to nie jest przez państwo polskie uznawana za mniejszość narodową. Z jednej strony musi starać się wychodzić ze swej grupy etnicznej i kwestionować jej wartości, ale z drugiej powinna starać się bronić jej w relacjach międzyetnicznych poprzez np. nauczanie nieselektywnej historii regionu, ochronę dziedzictwa regionalnego, kultywowanie gwary śląskiej. Oczywiście może zrezygnować ze swojej etniczności jako istotnego wymiaru określania swojej tożsamości. Ale dlaczego śląska feministka żyjąc w Polsce miałaby się pozbywać swojej tożsamości etnicznej, a polska żyjąc w Polsce nie musi tego czynić? Do roli różnych przynależności wspólnotowych dla jednej tożsamości osobowej wrócimy w poźniejszych fragmentach tekstu.
Także bycie obywatelem jest realizacją wspólnotowości. Dla obywatela wspólnota odniesienia jest zakreślona przez określoną strukturę polityczną np. państwo polskie. Można także mówić o byciu obywatelem Unii Europejskiej. Wtedy wspólnotą odniesienia są obywatele wszystkich państw, które należą do UE. Czasem się mówi, że ktoś uważa się za obywatela świata. Jeśli mamy wypowiedź tą traktować poważnie, to osoba taka jako swoją wspólnotę odniesienia rozumie całą ludzkość. Tym samym nie tylko czuje, że przynależy do wspólnoty wszystkich ludzi, ale powinna także być gotowa do spełniania swych obowiązków względem całej ludzkości.
Dopuszczam także możliwość realizacji różnych typów wspólnotowści, które odnoszą się do tych samych zakresowo wspólnot. Jednakże odniesienie się do tych samych wspólnot nie oznacza, iż postawy te są tożsame ze sobą. Istotne jest to ze względu na co ktoś podejmuje działania na rzecz danej wspólnoty. Ważność intencji widać wyraźnie w przypadku gdy ktoś np. angażuje się na rzecz działalności feministycznej, ale nie ze względu na poprawę statusu kobiet, ale dla oczarowania wybranej przez siebie aktywistki. Oczywistym jest, iż jego postawa nie jest wtedy wspólnotowa – tylko pozornie poświęca się on dla danej wspólnoty, a w rzeczywistości realizuje swoje partykularne cele.
W tym zakresie rozważmy także inny przykład - relację pomiędzy byciem obywatelem Polski a byciem patriotą polskim. Zauważmy jednak, iż bycie obywatelem Polski w znaczeniu tutaj przyjmowwanym (jako typu postawy wspólnotowści) nie polega tylko na posiadaniu obywatelstwa państwa polskiego. Obywatel to także nie ktoś kto tylko regularnie płaci podatki i co cztery lata wrzuca kartkę do urny. Obywatel realizujący postawę wspólnotowości angażuje się na rzecz wspólnoty, uczestniczy w jej życiu społecznym, kulturowym lub też politycznym. Czy tak rozumiany obywatel może być jednocześnie patriotą polskim? Owszem może, ale musi spełnić dwa warunki. Po pierwsze powinien ujmować swoją wspólnotę, do której będzie się odnosił w ramach realizowanej przez siebie wspólnotowści, jako wszystkich obywateli Polski. Wszystkich obywateli - czyli będzie on przedstawicieli mniejszości narodowych i etnicznych traktował na równi z „prawdziwymi” Polakami (to dotyczy m.in. dania im prawa do nauczania własnego języka, zachowania i rozwoju własnej kultury, własnej przestrzeni symbolicznej, artykulacji własnej pamięci historycznej). Po drugie powinien podejmować swe działania ze względu na określone motywy. Patriota polski może angażować się na rzecz wspólnoty obywateli Polski w imię wartości uniwersalnych i traktować rzeczywiście wszystkich tak samo. Albo też robić to ze względu na interes swojej grupy etnicznej, który to interes w tej sytuacji historycznej wymusza na nim akceptację praw mniejszości narodowych (np. dyskryminacja mniejszości będzie się wiązała ze sankcjami ze strony UE dla Polski). W czasach pokoju postawy te mogą wydawać się tożsame. Jednak co w przypadku kryzysu ekonomicznego czy wojny? Źródłem lojalności dla obywatela będzie przynależność do państwa, tym samym nie będzie on różnicował na „prawdziwych” i „nieprawdziwych” Polaków. Patriota z kolei, dla którego podstawę do zaangażowania na rzecz wszystkich obywateli nie stanowiły wartości uniwersalne ale dobro jego narodu, będzie instrumentalnie traktował członków mniejszości narodowych. Dlatego dla realizacji określonej formy wspólnotowści istotna jest także intencja działania, a nie tylko wspólnota odniesienia.
Rozróżnienie to jest istotne w kwestii np. działań różnych organizacji w przeszłósci np. Wojska Polskiego podczas II wojny światowej? Czy działania Wojska Polskiego były słuszne ze względu na to, że jego żołnierze bronili swej ojczyzny jako wartości samej w sobie, czy ze względu na to, że broniąc swej ojczyzny realizowali wartości uniwersalne? To rozróżnienie jest istotne jeśli zaistnieją sytuację wykluczania się interesu ojczyzny i wartości uniwersalnych.
Skoro patriotyzm jest podkategorią tak rozumianej wspólnotowości, to aby bronić jakieś formy patriotyzmu, należy najpierw przedstawić argumenty na rzecz postawy wspólnotowej w ogóle. Dlaczego więc ktoś miałby czuć przynależność do jakiejkolwiek wspólnoty, a tym bardziej dlaczego miałby podejmować działania na rzecz tej wspólnoty?

3. Poczucie przynależności do wspólnoty.

Rozpatrzmy najpierw czym jest czynnik bierny w postawie wspólnotowości, który wydaje się czymś trudniej uchwytnym niż podejmowanie aktywności na rzecz wspólnoty? Czynnik bierny wspólnotowości jest poczuciem przynależności do wspólnoty. Rozpatrzmy kolejno kategorię samej przynależności, poczucia przynależności oraz samozrozumienia podmiotu w odniesieniu do tej przynależności.
 Są pewne wyznaczniki naszej tożsamości, które są niezależne od nas np. ktoś jest kobietą, urodził się w rodzinie afroamerykanów, czy też w rodzinie chłopskiej, lub w kulturze polskiej. Przychodzimy na świat w określonym klimacie, państwie, sytuacji historycznej,  języku, klasie społecznej. Jesteśmy rzuceni w świat – powiedziałby Heidegger. Nie wybieramy tych czynników, tak samo jak nie wybraliśmy sobie rodziców dzięki którym przyszliśmy na świat. Te czynniki w sposób naturalny konstytuują naszą tożsamość – tym samym określają naszą przynależność wspólnotową.
To czym jesteśmy jest wynikiem różnorakich sił determinujących nas oraz świat, z którym wchodzimy w relacje. Kim więc jestem? Wydaje się, że ujmowanie siebie samego odnosi nas do owych sił. Pewne siły determinują mnie bardziej inne słabiej. Pewne siły determinują prócz mnie także grupę innych osób np. grupę A, z kolei inne siły determinują prócz mnie także grupę B. Oczywiście te siły tworzą hierarchie np. jako obywatele Polski zostaliśmy uformowani przez taki a nie inny jezyk, system oświat itd. Jednak już jako mieszkańcy danego regionu czy miasta byliśmy poddawani innym wpływom. Uważam, że różne siły oraz ich wiązki konstytuują różnego rodzaju wspólnoty ludzkie. Naród polski został ukształtowany przez taki a nie inny proces historyczny, kulturę, język i Polacy mimo różnic mają pewne wspólne cechy charakterystyczne. Nie chodzi o to aby teraz je wyszczególniać. Jednak jest faktem, iż jako Polacy na pewno mniej różnią się do Czechów niż od Niemców, a tym bardziej Irańczyków. Takich różnych grup odniesienia jest oczywiście wiele – wcześniej już wymieniłem kilka.
Przynależność do wspólnoty, o jaką chodzi w przypadku kategorii wspólnotowości, może być czymś niezależnym do nas np. rodzimy się w danej wspólnocie. Ale może być także następstwem wyboru. Jednak nigdy przynależność nie jest automatyczna , np. urodzona w Polsce osoba w wieku 25 lat wyjeżdza do Francji, był to efekt jej wolnego wyboru. Czy automatycznie staje się Francuzem? W takich przypadkch przynależność wspólnotowa nie polega tutaj na podpisaniu odpowiedniego dokumentu umożliwiającego nam wstąpienie do klubu. Następuje ona raczej na drodze krótszego lub dłuższego procesu uwspólnotowienia. Tym samym przynależność do wspólnoty wymaga bycia razem przez jakiś czas. Wspólnota to nie grupa studentów pierwszego roku filozofii, którzy znają się dopiero tydzień. Ale po kilku latach studiów mogą się stać wspólnotą dzięki wspólnym przeżyciom, historiom, relacjom jakie się zawiążą. Nie każdy od razu po przyjeździe na Śląsk staje się Ślązakiem. Musi pomieszkać tutaj kilkadziesiąt lat – przyswoić w pewnym zakresie naszą gwarę, zinternalizować nasze wartości, oswoić pewne miejsca i ludzi. Wtedy ewentaulnie będzie mógł stać się Ślązakiem. Nie jest więc tak, że tylko z urodzenia możemy przynależeć do danej wspólnoty. Jednak wspólnota określa się przez określone wartości i praktyki. Ze względu na to przynależenie do niej wymaga partycypacji w wartościach i praktykach specyficznych dla danej wspólnoty, a to z kolei wymaga czasu.
Jednak czym innym jest przynależność do danej wspólnoty, a czym innym poczucie przynależności do niej. Poczucie przynależności ma charakter subiektywny. I jest ono moim zdaniem, warunkiem koniecznym bycia członkiem wspólnoty. Inaczej rzecz ujmując – nie jestem członkiem danej wspólnoty jeśli nie czyje się nim, albo tego nie chce. Nawet jeśli inni twierdzili by inaczej. Aby być członkiem jakieś wspólnoty muszę afirmować ową przynależność, musze jej chcieć. Rozpatrzmy kilka przykładów.
Przykładowa osoba kulturowo jest Niemcem, wychowała się w Niemczech i miała przodków Niemców, ale wstydzi się owej przynależności ze względu na hisotrię faszyzmu niemieckiego. Tym samym częścią swojej tożsamości nie będzie czyniła przynależności do narodu niemieckiego, ale będzie mocno dystanosowała się od takich wyznaczników. Tym samym nie będzie miała poczucia przynależności do wspólnoty Niemców, i nie będzie z tej przynależności robiła ważnego wyznacznika swojej tożsamości. Owszem będzie mówiła po niemiecku, żyła w państwie niemieckim, ale równie dobrze mogłaby żyć we Francji i mówić po francusku. Nie jest taka osoba częścią wspólnoty niemieckiej, ponieważ sobie tego nie życzy.
Ktoś może urodzić się Polsce, posługiwać się polskim językiem, przejść edukację w polskich szkołach, jego przodkowie walczyli w AK, ale dla jego tożsamości te czynniki nie będą miały znaczenia. Owszem będzie posługiwał się językiem polskim, ale równie dobrze mógłby mówić po angielsku lub niemiecku – nie robi mu to różnicy. Owszem na placu obok jego domu jest pomnik Dmowskiego, ale równie dobrze mógłby stać Bismarck.
Podobnie ktoś może być ojcem kilku dzieci, ale nie brać odpowiedzialności za nie. Ktoś może urodzić się mężczyzną, i dokonać operacji zmiany płci. Albo – dyskryminowana społecznie kobieta może w wyborach głosować na partie skrajnie prawicową, która nie polepszy jej położenia jako kobiety – może nawet pogorszyć – ale polepszy status wspólnoty etnicznej lub religijnej, której członkiem jest ta kobieta. Przynależność płciowa nie jest istotnym wyznacznikiem jej tożsamości, ważniejsza jest przynależność etniczna i religijna. Nie oznacza to, ze kobieta ta nie chce być kobietą – to bez sensu. Nie ujmuje jednak siebie jako kobiety w sposób w jaki definiuja kobiecość feministki – nie jest taką kobietą, nawet jeśli środowiska feministyczne twierdziłyby inaczej.
Dlatego też bierny element wspólnotowości definiowałem nie tyle jako przynależność do wspólnoty (tutaj wystarczyłyby obiektywne kryteria aby stwierdzić taką przynależność) ale jako poczucie przynależności do wspólnoty (musze poczuć tą przynależność – czyli jest brana pod uwagę podmiotowość zainteresowanej osoby).
Z kategorią poczucia przynależności wiąże się kategoria samozrozumienia siebie jako przynależącego do wspólnoty. Czym jest to samozrozumienie? Rozpatrzmy poniższy przykład.
Mogę być np. mężczyzną, przedstawicielem rasy żółtej, robotnikiem, członkiem swojej rodziny. Co to znaczy, że jestem mężczyzną – oznacza to, że dziele określone cechy z resztą członków grupy mężczyzn, które jednocześnie różnią nas od członkiń grupy kobiet. Co to znaczy, że należe do rasy żółtej – oznacza to, że kolor mojej skóry, kształt oczu, kości policzkowych, kolor włosów, podatność na określone choroby – łączy mnie z innymi członkami rasy żółtej, a jednocześnie odróżnia od innych ras gatunku ludzkiego. Co to znaczy, że przynależę do klasy robotniczej – nie jestem właścicielem żadnego zakładu pracy i aby zapewnić byt swojej rodzinie muszę, podobnie jak miliony innych osób, podjąć pracę jako robotnik u kogoś innego. Co to znaczy, że należe do tej akruat rodziny – stanowimy bliską wspólnotę oddania z osobami, które łączy ze mną pokrewieństwo. Tym samym czuje się z tymi a nie innymi osobami bliżej związany.
Określając w ten sposób swoją tożsamość, podejmując wysiłek samozrozumienia posługuje się pojęciami ogólnymi, które zawsze odnoszą się do jakiś zbiorowości ludzkich. Bez owych pojęć ogólnych co byłbym w stanie o sobie powiedzieć, a tym samym jaki byłby mój poziom samozrozumienia?
Jeśli określenie mojej tożsamości miałoby być wolne od pojęć ogólnych, a tym samym od odniesienia od wszelkiej wspólnotowości, to znaczy, że mogę powiedzieć o sobie tylko tyle, ze jestem tym konkretnym X, np. jestem Adamem Brzoską. Ale co to konkretnie znaczy? Bez pojęć ogólnych, które odnoszą mnie poza siebie nie jestem w stanie siebie określić. Dzięki pojęciom ogólnym mogę powiedzieć, że jestem – studentem filozofii, obywatelem Polski, członkiem swojej rodziny, informatykiem itd.. Warunkiem samozrozumienia jest posługiwanie się tymi ogólnymi pojęciami, a one zawsze odnoszą nas do pewnych wspólnotowości.
Ale oczywiście, zrozumienie swego odniesienia do wspólnoty nie musi oznaczać poczucia przynależności do danej wspólnoty. Załóżmy, że ktoś urodził się w Polsce, przeszedł polską edukację, mówi po polsku. Dla zrozumienia przez niego samego siebie ma znaczenie jego odniesienie do historii Polski, do tradycji polskich, do kultury polskiej. Aby np. zrozumieć sytuację ekonomiczną swojej rodziny / miasta / regionu będzie musiał zrozumieć pewne zaszłości historycznych całego kraju. Dla zrozumienia sposobu funkcjonowania gospodarki kraju może być istotne zrozumienie mentalności Polaków. Aby uczestniczyć w debatach publicznych dobrze dla tej osoby jeśli będzie potrafiła się odnieść do kultury i nauki polskiej (np. Mickiewicza, opracowań na temat PRL-u czy Solidarności). Spór pomiędzy endecją i sanacją podczas II Rzeczypospolitej może być istotny dla zrozumienia współczesnej sceny politycznej. Jednakże mimo tego samozrozumienia dana osoba nie musi w sposób afirmatywny określać siebie jako Polaka.  Polskość tej osoby będzie narzędziem, dzięki któremu będzie mogła ona odnosić się lepiej do otaczającej rzeczywistości, ale nie będzie częścią jej tożsamości. Polskość będzie jakby obok tej osoby, a nie jej częścią.
Weźmy inny przykład, który bardziej wyraźnie ukaże rozróżnienie samozrozumienia i poczucia przynależności. Członek mniejszości niemieckiej, który urodził się w Polsce, wychował tutaj i partycypuje w życiu publicznym. Samozrozumienie w postaci wiedzy na temat polskości pozwala mu lepiej siebie zrozumieć, jednakże wiedzę tą może on używać instrumentalnie dla wzmocnienia mniejszości niemieckiej w Polsce. Jego działania nie będą podyktowane dobrem państwa polskiego, a tym bardziej etnicznie rozumianego narodu polskiego, ale dobrem mniejszości niemieckiej w Polsce. Prowadzi to do wniosku, iż wiedza na temat sił determinujących nas nie musi oznaczać afirmatywnego stosunku do tych sił. Możemy nieakceptować pewnych sił jako istotnych dla naszej tożsamości.
Tym samym samozrozumienie siebie jako przynależącego do danej wspólnoty nie musi oznaczać poczucia przynależności do tej wspólnoty. Samozrozumienie samo oznacza – rozumiemem, że uformowały mnie te same siły co was i aby działać muszę się odnieść do tych samych treści co wy. Poczucie przynależności oznacza z kolei – czuje się jednym z was, ukonstytuowały nas te same siły, odnosimy się do wspólnych treści i pragnę rozwijać owe siły, treści oraz działać dla naszego wspólnego dobra.
Z trzech omówionych pojęć – przynależności, poczucia przynależności i samozrozumienia przynależności, kiedy mówię o elemencie biernym wspólnotowości chodzi mi o poczucie przynależności do wspólnoty.

4. Kategoria wspólnoty funkcjonalnej.

Podsumujmy raz jeszcze rozdział 3. Każdy zależy od jakiś wspólnot i każdy rozumie siebie poprzez odniesienie do określonych wspólnot. Problem tego jak dobrze samorozumiemy siebie – czy prawidłowo definiujemy wspólnoty, które nas ukonstytuowały - jest odrębny i nie podejmuję go tutaj. Jednakże dla postawy wspólnotowości istotne jest poczucie przynależności do wspólnoty. Kluczowym pytaniem w tym zakresie jest - dlaczego miałbym afirmować jakąś wspólnotę, chcieć do nie przynależeć, a nawet działać na jej rzecz.
W tym punkcie wprowadzam kategorię wspólnoty funkcjonalnej. Wspólnota funkcjonalna to ta spośród wspólnot do których przynależymy, z którą w największym stopniu się utożsamiamy. Może się zdarzyć tak, iż wspólnotą funkcjonalną dla danej osoby nie jest jedna wspólnota, ale więcej. Dopuszczam maksymalnie trzy, które można określać jako wspólnoty funkcjonalnej danej osoby. Jeśli chodzi o określenie pojęcia wspólnoty funkcjonalnej, to najlepiej będzie ukazać o co mi chodzi na przykładzie.
Fikcyjna postać – Franz Levi żyjący na początku XX wieku w Niemczech. Jest on obywatelem Niemiec, zasymilowanym Żydem, który jednak później konwertuje na protestantyzm, robotnik słabo zarabiającym, o poglądach lewicowych. Ale po kolei. 
W okresie przed 1925 rokiem jego wspólnotą funkcjonalną była wspólnota robotników. Dlaczego? Pracował w wielkiej fabryce razem z Niemcami, Polakami, osobami pochodzenia żydowskiego. To jego sytuacja klasowa wyznaczała najistotniejsze elementy jego życia: to gdzie i na czym spędzał większość swego czasu; to z kim się spotykał i przyjaźnił; to jak było kształtowane jego ciało; to jaki był jego stan zdrowia; to jaki był jego status ekonomiczny i społeczny. Był słabo opłacanym robotnikiem jak inni, czuł, że dzieli swój los z innymi robotnikami. Oczywiście prócz tego był cały czas Żydem, mężczyzną, kolekcjonerem znaczków, czytał Geothego w wolnym czasie i Kanta. Jednak nie te czynniki w największym stopniu determinowały jego życie.
Następnie - Franz poprawienie swej sytuacji wiązał z poprawieniem losu proletariatu niemieckiego, dlatego też zapisał się do partii socjaldemokratycznej. W partii tej okazał się bardzo zręcznym organizatorem, oraz bardzo inteligentnym członkiem. Szybko awansował, polepszył swój status materialny. Około roku 1930 był już dobrze zarabiającym robotnikiem, ale nadal aktywnie walczył o prawa tych, którym się mniej poszczęściło. Prócz bycia robotnikiem stał się teraz aktywnym socjaldemokratą. Dlaczego? Ponieważ działalność w tej partii umożliwiała mu zwiększenie wpływu na przebieg własnego życia. Mógł np. uczestniczyć w rozmowach z władzami fabryki, w której pracował na temat przywilejów robotniczych. Nie przestał być Żydem, czytaczem Kanta itd., jednak elementami jego tożsamości, które wiązały jego życie z siłami, które w największym stopniu wpływały na jego życie były – bycie robotnikiem i socjaldemokratą.
Później - po śmierci najmłodszej córki, zaczął zadawać sobie pytania natury egzystencjalnej. Sięgał po książki filozoficzne i religijne – czytał już nie tylko Kanta i Geothego. Postanowił wstąpić do wspólnoty protestanckiej. To ona teraz obok wspólnoty robotnicznej i socjaldemokratycznej, stała się jego trzecią wspólnotą funkcjonalną. Jednak szybko przestał się aktywnie udzielać w partii, także zarobił już dosyć sporo i mógł się właściwie zwolnić z pracy. Teraz to bycie protestantem stało się kluczowym wyznacznikiem jego tożsamości. Dlaczego? Od tej pory znalazł nowe wsparcie do dalszego działania właśnie w niej. Zaś etyka protestancka stała się trwałym elementem konstytuującym jego tożsamość. Postrzegał siebie jako protestanta i chciał być dobrym protestantem dla chwały Boga. Dzięki temu uzyskał dostęp do nowej sfery egzystencjalnej, w której mógł znaleźć odpowiedzi na pytania, które go dręczyły.
Jednak po wielkim kryzysie sytuacja w Niemczech szybko zaczęła się zmieniać. Do władzy doszli naziści i zaczęł się szerzyć antysemityzm. Szybko okazało się, że lojalność wobec państwa, bycie dobrym robotnikiem oraz obowiązkowość protestancka, nie wystarczały dla bycia akceptowanym. Wygląd Franza, jego niearyjskie rysy, zawsze zdradzały jego etniczne pochodzenie. Ale dopiero teraz jego geny, etniczne pochodzenie stały się bardzo ważne dla jego aktualnej sytuacji. To w jej wyniku został najpierw pobity, potem splądrowano jego dom i ostatecznie osadzono w getcie. Wiedział, że podobny los spotkał tysiące Żydów w jego mieście. Czy łączyło go teraz coś z robotnikami, socjaldemokratami (większość siedziała wtedy w obozach, to fakt), czy protestantami? Na pewno w mniejszym stopniu niż wcześniej. Teraz to jego etniczność – przynależność do narodu żydowskiego – stała się jego wspólnotą funkcjonalną.
Franz przez cały ten czas był obywatelem Niemiec, robotnikiem, Żydem. Mimo późniejszego mocnego eksponowania swojej etniczności nie przestał być protestantem. Jednak poszczególne wspólnoty przynależności, w różnych okresach jego życia były mniej lub bardziej dla niego istotne. Na tej podstawie eksponował takie a nie inne części swojej tożsamości. Określone wspólnoty stanowiły dla niego wspólnoty funkcjonalne.

5. Podsumowanie.

Nie twierdze, że w przeciągu życia nasza przynależność do różnych wspólnot nie może się zmienić. Jest raczej oczywistym, że tak jest. Wybory jakie podejmował Franz odnosiły go do różnych wspólnotowości, i były to wybory w pełni racjonalne. Jego aktualna sytuacja skłaniała go do wyboru przynależności do określonej grupy. W grupie tej znajdował osoby, które dzieliły jego los. Oczywiście, że np. w partii socjaldemokratycznej byli Niemcy prócz Żydów. Byli heteroseksualni i homoseksualiści. Były osoby pochodzące z miast i z wiosek. Byli katolicy, protestanci, wyznawcy judaizmu, ateiści, agnostycy, a może nawet antyteiści. Byli tacy, którzy czytali Kanta i tacy, którzy tego nie robili. Byli pijacy i unikający alkoholu jak diabeł wody święconej. Ale co z tego? Jakie jest znaczenie tych różnic w obliczu jeden istotnej sprawy, która łączyła tych ludzi. Stanowili oni jedną wspólnotę dla której poświęcali swoje środki ekonomiczne, swój wolny czas, swoją energię. Dlaczego akurat robili to a nie spotykali się i nie dyskutowali nad nową wystawą w miejskimi muzeum? To proste – bo takie a nie inne podejmowanie działań i to działań wspólnotowych było racjonalne.
Oczywiście fałszem jest uniwersalizowanie podobieństw miedzy ludźmi. Świat jest podzielony na różne grupy interesów. Mówienie, że nie ma tutaj konfliktów jest kłamstwem. Ludzie się różnią i z tego powodu jednoczą się w różne wspólnoty interesów. Mówienie, że jesteśmy wszyscy tacy sami i niczym się nie różnimy – „wszyscy jesteśmy braćmi, ludźmi” itd. – jest oczywiście ważne – ale jako idea regulatywna. Zaś na drodze jej realizacji należy wystrzegać się odwoływania do niej jako metody zatykania ludziom ust, aby nie wykrzyczeli swoich skarg.
Dziewic w swoim tekście z kolei ląduje na przeciwległym stanowisku tj. nie chce podkreślać tego co łączy ludzi, a tym bardziej nie chce tego uniwersalizować. U podstawy jego myślenia leży założenie, iż wszyscy jesteśmy różni. Każdy ma swoją indywidualną historię, narrację, która różni go od pozostałych. Dlatego nawet jeśli pewne osoby miały dziadków we Wehrmachcie i to ich łączy to co z tego, skoro jeden jest skinem a drugi krytycznie myślącym filozofem. Albo jeden jest alkoholikiem i bije swoją żonę, a drugi jest przykładnym mężem i ojcem. Rzeczywiście w momencie współczesnego wygodnego życia, ta ich wspólna cecha nie wydaje się być istotna. Dlatego też życie wspólnotowe dziś umiera. Jednak załóżmy, że władzę w Polsce przejęła radykalna prawica, i chce umieścić wszystkich potomków żołnierzy Wehrmachtu w obozach? Czy wtedy te różnice nie byłyby mniej istotne, zaś ważniejsza ta jedna wspólna cecha?
Pragnę zauważyć podobieństwo pomiędzy stanowiskiem zakładającym uniwersalizację pewnego pakietu wspólnych wszystkim cech, oraz pomiędzy twierdzeniem, że wszyscy są różni i nic ich nie łączy. Przeciwstawiam im trzecie stanowisko, które głosi – ludzie się różnią, ale w różny sposób tj. jesteśmy różni, ale A jest mniej różne od B i C aniżeli od D i E, zaś od P i R to już w ogóle się różni bardzo mocno. Jasne jest, że nie ma dwóch identycznych osób. Jednak nieprawdą jest, że wszyscy różnią się od siebie w ten sam sposób. Powiedzenie, iż tylko się różnimy i każdy ma swoją indywidualną historię, cechy, przeżycia itd. i nie da się ukonstytuować żadnych wspólnot, jest uniwersalizacją różnic. Ostatecznie w takim ujęciu istnieją różniące się jednostki, ale aby nie dało się ukonstytuować żadnych wspólnot, to muszą się one różnić od siebie w ten sam sposób. Czyli różnica pomiędzy A i B, B i C i A i C itd. jest taka sama. Jeśli nie to znaczy, że np. A i B mogą czuć pewną bliższą wieź niż C i D, co pozwala im na racjonalne współtworzenie wspólnoty. W tym sensie uniwersalizacja podobieństw jak i uniwersalizacja różnic są podobne – wszystkich obsadzają w roli jednostek i uniemożliwiają odniesienie wspólnotowe. Dlaczego? Bo obie nie uwzględniają w sposób realny różnic. Pierwsza jest w ogóle na nie ślepa i wszyscy należą do jednej wielkiej ludzkiej wspólnoty. Zaś druga otworzyła jedno oko - widzi tylko ludzkość jako zbiór różnych jednostek. Ale boi się otworzyć drugiego  oka i zobaczyć, że ludzie różnią się, ale na różne sposoby.  Nie tylko jednostki są różne, ale same różnice są różne. Tym samym mogę być np. mniej różny od grupy ludzi A, ale bardziej różny od grupy B.
Ostatecznie nie chce nikogo zmuszać do tego aby musiał się czuć w jakiś szczególny sposób członkiem jakieś wspólnoty, także np. narodowej. Czasy są takie, że nie służą wspólnotowemu myśleniu i wspólnemu podejmowaniu działań. Cały czas jesteśmy bombardowani przez dyskurs, który konstytuuje każdego z nas jako wolną jednostkę, która powinna dbać o zabezpieczanie swoich indywidualnych potrzeb. Wmawia się nam, ze tak bardzo się różnimy poprzez ekstrawaganckie korzystanie z dobrodziejstw rynku. Widocznie większości ludzi to odpowiada i stąd taki zanim żywotności pojęć odnoszących nas do wspólnot np. wspólnoty narodowej.
Jednakże pragnę zauważyć, iż z tego, że niektórzy ulegli obecnemu stanowi marazmu, albo też doszli do takiego stanowiska na drodze krytycznego namysłu, nie wynika, iż irracjonalne jest jakiekolwiek odnoszenie się do kategorii wspólnoty. Szczególnie, moim zdaniem, jest to racjonalne dla członka mniejszości narodowej, która w oficjalnym dyskursie kultury większości, jest reprezentantem narodu zwyrodnialców zawsze zagrażających, zawsze gotowych do kłamstwa, oszustwa i gwałtu. 
Ale aby chcieć dążyć do wspólnoty i czuć się jej częścią trzeba odczuwać jej brak, bo „ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie kto cię stracił....”

Mam świadomość, że nie odpowiedziałem na wszystkie zagadnienia jakie stawiałem w tekście. Dlatego ten tekst to dopiero pierwsza cześć. Na pytanie o to dlaczego istnieje powinność aktywnego uczestnictwa we wspólnotowości, oraz jaka jest relacja pomiędzy wartościami uniwersalnymi oraz wspólnotami, które zawsze są partykularne, odpowiem w kolejnych częściach.