niedziela, 5 lutego 2012

O odwadze

Odwaga jest świadomym dążeniem do celu, którego osiągnięcia nie jesteśmy pewni, a którego nie osiągniecie będzie nas dużo kosztować. Jest ona świadomym ryzykiem.

Głupiec, który dopuścił do tego aby znaleźć się w niebezpiecznej sytuacji, sam jednak nie rozpoznając zagrożenia nie ryzykuje. To, że ktoś w swej naiwności licząc na szybki i łatwy zysk gra w rzeczywistości o wysoką i mało prawdopodobną stawkę, nie świadczy o jego odwadze. Gdyby się dowiedział o skali zagrożenia od razu skulił by ogon i uciekł. Odwaga wymaga świadomości zagrożenia - wiedzy o tym jakie będą konsekwencje naszej porażki.

Miliarder, który przyniósł na giełdę jeden milion dolarów – inwestuje. Osoba, która przyniosła swój ostatni tysiąc dolarów - ryzykuje. To nie obiektywna wielkość stawki jaką się gra stanowi kryterium dla ryzyka. Ten jest bardziej odważny kto dopuszcza w większym stopniu utratę tego co dla niego cenne.

Tym samym ten kto nie ma w swym życiu niczego na czym mu zależy - nie jest w stanie zaryzykować. Czym miałby ryzykować skoro nic nie ma dla niego wartości? Nihilista nie może być odważny.

Gracz w pokera mając na ręce karetę asów może ze spokojnym oddechem podbić stawkę. Gracz, który podbija trzymając dwie pary - ryzykuje. Odwaga nie zna pewności osiągnięcia celu, ale mimo niepewności dąży do niego.

Jesteś odważny gdy działasz ryzykując utratę tego co naprawdę dla ciebie ważne, wiedząc jak mała jest szansa na odniesienie zwycięstwa. Trzeba działać mimo grozy porażki.

niedziela, 29 stycznia 2012

O niepewności - między protestantyzmem a nietzscheanizmem

W tekście wskazuje na podobieństwa pomiędzy protestantyzmem i nietzscheanizmem. Celem moim nie jest – poprzez wskazanie takiej zależności – krytykowanie którejkolwiek ze stron. Ani protestantyzmu za podobieństwo do myśli Nietzschego, ani odwrotnie. To, że Nietzsche był synem pastora jest powszechnie znaną prawdą. Nie tworzył on w próżni intelektualnej – był zależny od tego co mu przekazano w procesie wychowania i edukacji. To jednak nie oznacza, że nie mógł twórczo przekroczyć tego czego go nauczono.

Osoby pochodzące z katolickich krajów często podkreślają indywidualizm i woluntaryzm myśli Lutra, który po kilku wiekach miał doprowiadzić do radykalizacji w twórczości Nietzschego – w jego koncepcji nadczłowieka i woli mocy. Luter krytykując średniowieczną scholastykę opowiedział się za indywidualną, niezapośredniczoną realcją pomiędzy człowiekiem i Bogiem. Swoją koncepcją – sola fide (tylko wiara) – głosił, iż to nie uczynki, zasługi, zewnętrzne objawy mogą cokolwiek powiedzieć na temat tego czy ktoś zostanie zbawiony czy potępiony – ale sama wiara danej osoby (która jest czymś wewnętrznym i o której tylko dana osoba sama może być przekonana). Z odrzuceniem pośrednictwa łączy się odrzucenie hierarchii kościelnej – brak autorytetów w drodze do Boga. Również odrzucenie tradycji – sola scriptura (tylko pismo) – i zwrot do samodzielnego czytania Biblii. To dla większości z nas jest dosyć zrozumiały obrazek – chrześcijaństwa alternatywego w stosunku do polskiego katolicyzmu. Jesteśmy świadomi pozytywnych i negatywnych stron takiej alternatywy.

Warto moim zdaniem, zapytać jednak o podobieństwa i różnice nie pomiędzy chrześcijaństwem w ogóle (także katolicyzmem) a nietzschanizmem, bo to ułatwianie sobie zadania. Ale zapytanie o stosunek tego ostatniego do protestantyzmu. Tutaj trzeba się już bardziej namęczyć aby taką różnice ukazać. Bez takiego głębszego rozdzielenia obu nurtów, z których jeden określa się jako przeciwny drugiemu (antychrześcijanizm Nietzschego), naraża się na możliwość popełnienia błędów w określeniu istoty nietzschanizmu i jego chrześcijańskiej krytyki.

Pragnę się skupić na analizie jednej cechy, którą zdaje się, że posiadają oba nurty myślowe. Pytanie tylko czy rzeczywiście jest to dokładnie ta sama cecha, a jeśli nie to jak daleko sięgają tutaj różnice. Cechą, którą pragnę tutaj rozważyć jest stosunek do niepewności w procesie podejmowania decyzji. Pragnę jednak zaznaczyć, iż nawet jeśli nie stwierdzę tutaj różnic pomiędzy badanymi nurtami co do badanej cechy, to wynik ten nie oznacza oczywiście, że nie ma ich w ogóle. Nietzschanizm wyrasta z pewnego podłoża, ale wydaje się jednocześnie posiadać nowe treści. Pytanie czym są owe treści. Czy stosunek do pewności i niepewności podczas podejmowania decyzji jest istotną różnicą?

Dietrich Bonhoeffer  (http://pl.wikipedia.org/wiki/Dietrich_Bonhoeffer) to jeden z najsławniejszych protestnackich teologów XX wieku. Urodzony w niemieckim Wrocławiu przeciwnik narodowego socjalizmu. Pragnę zacytować fragment jego wyznania wiary:
„Ich glaube,
dass Gott uns in jeder Notlage
soviel Widerstandskraft geben will,
wie wir brauchen.
Aber er gibt sie nicht im voraus,
damit wir uns nicht auf uns selbst,
sondern allein auf ihn verlassen.
In solchem Glauben müsste alle Angst
vor der Zukunft überwunden sein.”

A poniżej moje tłumaczenie tego tekstu:
„Wierzę,
że Bóg w każdym ciężkim położeniu
tyle wytrwałości nam da,
ile potrzebujemy.
Ale, nie daje On jej z wyprzedzeniem,
Abyśmy nie na samych sobie,
Ale jedynie na nim polegali.
W takiej wierze musi cały strach
Przed przyszłością zostać pokonany.”

Bonhoeffer  mówi w tym wyznaniu wiary o pomocy jakiej udziela człowiekowi Bóg. Udziela on jej osobie, która potrzebuje dodatkowej siły na dokonanie tego czego chce dokonać. Jednak nie pomaga On przed samym dokonaniem czynu. Nie wysyła wcześniej znaków, które mogłyby dać chociażby śladową pewność dokonującemu czyn o tym, iż ten czyn się powiedzie. Nie daje mu poznania, natchnienia, uspakajającego nastroju. W rezultacie dokonując czynu człowiek nie może polegać na tym co mu bliskie i znane, na tym w co pokłada zaufanie, bowiem Bóg – jeszcze – mu tego nie udzielił.

Taka sytuacja może rodzić strach przed momentem dokonania czynu. Czy na pewno dam sobie radę? Czy posiadam dostatecznie dużo siły aby zrobić to co należy? Zauważmy, że chodzi tutaj o brak pewności co do posiadanej przez osobę siły i woli. Czy wystarczy mi mojej wewnętrznej mocy do tego aby danego czynu dokonać? Nie chodzi zaś o brak pewności co do celu tj. czynu, który ma być zrealizowany. Dana osoba wie co należy zrobić, zas jej strach odnośnie przyszłości nie dotyczy słuszności tego co czynić trzeba, tylko tego czy będzie się zdolnym to uczynić.

To sytuacja niepewności. Aby o niej mówić nie mogą istnieć ani zewnętrzne zapewnienia pewności, ani wewnętrzna pewność. Bóg nie objawił mi tego, że na pewno mi się uda. Także nikt z innych osób mi nie powiedział – „robiłem to już kilka razy, nic się nie martw – będzie dobrze. Jeśli mi się udało to co dopiero tobie.”. Także wewnętrznie nie znajduję w niczym oparcia. Nie wiem jak potoczą się przyszłe wypadki. Moja wiedza – socjologiczna, psychologiczna, historyczna, fizyczna, jakakolwiek – nie pozwala mi odpowiedzieć na pytanie o wynik próby. Nie mam także oparcia w nastroju, uniesieniu, uczuciu motywacji, które pozwoliłyby na uzyskanie pewności, iż w momencie próby zdołam dokonać czynu. Nie ma niczego ani we mnie, ani poza mną co dałoby mi oparcie w pewności co do przyszłego powodzenia.

Stan ten rodzi strach. Nie znajduję nic co dałoby mi oparcie, bezpieczeństwo, zaufanie co do powodzenia mojego zamiaru. Czyn będzie ryzykowany, bowiem nie wiem tego czy się powiedzie. Tym bardziej silna musi być moja wola, aby mimo braku oparcia być zdolną do dokonania tego czego trzeba. Musi być zdolna do zrobienia kroku w ciemność.

Mój zamiar dotyczy odkrycia specyfiki nietzschanizmu. Jest wiele elementów, które go łącza np. z kantyzmem czy protestantyzmem – indywidualizm, woluntaryzm, antyutylitaryzm. Czy z samym już protestantyzmem (bo u Kanta raczej nie znajdujemy apoteozy podejmowania ryzyka) łaczy myśl Nietzschego stosunek do niepewności, która została powyżej przedstawiona?

Można argumentować, że u Nietzschego nie chodzi wcale o niepewność, ale wręcz przeciwnie – chodzi o pewność i zdecydowanie, ale nie w stosunku do czegoś zewnętrznego – ale o pewność do tego co znajduje się we swoim wnętrzu. Człowiek musi stanąć naprzeciw rzeczywistości, wiedzy i oczekiwań innych, oraz podjąć decyzję w oparciu o własne przekonania, pragnienia i obawy. Często czyniąc to wbrew zewnętrznym warunkom. Ale czy to nie spłyca myśli niemieckiego filozofa? Czy rzeczywiście chodzi mu – o tak modne dziś – zaufanie do samego siebie? Czyż nie jest raczej tak, że zdrowa i silna wola ujawnia się w środowisku niepewności? „Co to za wola, co to za chcenie, kiedy masz pewność co do jego efektu?” Nie wydaje się więc aby Nietzsche odrzucał możliwość podejmowania decyzji i działania w sytuacji braku pewności. Może jest nawet tak, iż o taki rodzaj decyzji szczególnie mu chodzi.

Można inaczej argumentować - iż w myśli Nietzschego ujęcie niepewności jest inne niż u Bonhoeffera, bowiem u tego drugiego mamy dodatkowy element - element wiary w to, iż Bóg jednak zainterweniuje. Owszem nie jest ta wiara pewnością, ale jednak jest to pewne oparcie się na czymś zewnętrznym. U Nietzschego zaś brak takiego elementu. Ostatecznie u Nietzschego niepewność byłaby absolutna, bo pozbawiona nawet wiary, iż Bóg udzieli potrzebującemu pomocy.

Owszem Nietzsche odrzuca istnienie Boga, tym samym nie przyjmuje on, iż Bóg może dodawać sił podczas dokonywania czynu. Ale czy Nietzsche może twierdzić – w sytuacji niepewności jaką opisaliśmy wcześniej (brak pewości wewnętrznej co do wiedzy, emocji, uznania innych), która paraliżuje dokonanie czynu (element strachu), że czyn dokona się bez jakiejkolwiek zewnętrznej ingerencji? Nie chodzi już o Boga – ale o jakąś zewnętrzną siłę, która udzieli nam mocy w momencie dokonywania czynu. Możemy to nazywać jak chcemy - Bóg, Duch Dziejów, Wola Mocy, Rzeczywistość, Natura. Jeśli tak by twierdził, to oznaczałoby, iż człowiek jest zdolny działać nie tylko bez pewności co do wiedzy, zaufania innym ludziom i swym predyspozycjom emocjonalnym, ale także bez wiary w to, iż jakaś – jeszcze mu do tej pory nie znana siła – mu pomoże. Nie tylko nie ma niczego – o czym bym wiedział, że mogłoby mi pomóc, ale nie ma też nic o czym bym nie wiedział jeszcze, a co mogłoby mi pomóc. Po prostu ontologicznie nie ma takiej siły, która mi pomoże. Tym samym – nie tylko nic nie wskazuje na to abym dał rady, ale na pewno nie dam rady. Czy Nietzsche kwestionując pewność, pragnie także kwestionować wiarę? Wiarę, która nie musi oznaczać pewności, która często jest wiarą wbrew temu co  większość uważa, co się przyjmuje jako oczywiste, wbrew temu co samemu do tej pory się przeżyło.

Jeśli nie uważa tak, to nie ma także formalnej różnicy w stosunku do niepewności w procesie podejmowania decyzji między jego myślą a protestantyzmem (trzeba będzie szukać dalej:). Można się kłócić o słowa – Bóg czy Wola Mocy. Ale fenomenologicznie obie ingerencje w ten sam sposób będą się jawiły świadomości – jako coś zewnętrznego, do tej pory nie znanego.

Jeśli zaś coś takiego zakłada, to należy się zastanowić czy w takich warunkach jest w ogóle możliwe podjęcie decyzji i czynu. Czy nie tylko bez pewności co do powodzenia, ale także bez wiary w powodzenie wbrew braku pewności – można się zdecydować na czyn? Czyż to nie jest ponad ludzkie siły? Na czym będzie polegał, czemu zaufa nietzschanista kiedy nie znajduje w niczym oparcia - nawet w tym co mu jeszcze nieznane? To już nie ryzyko, bowiem ryzyko zakłada możliwość iż - szanse są małe: jedna na sto, ale mi się uda mimo że wielu się nie udało. Nie liczenie na jakiś traf - to głupota po prostu.

Istnieją więc trzy możliwości. Albo nietzscheanista nie przyjmuje aż tak radykalnej koncepcji niepewności i będzie czemuś ufał - sobie. Ale czy wtedy jego wola naprawde funkcjonuje w środowisku, w którym może rodzić się jej siła i moc? Czyż to nie jest aprobata bezpieczeństwa w postaci polegania na sobie samym? Albo przyjmie warunki przedstawionej niepewności (która jest brakiem pewności nawet co do własnych możliwości), ale w coś zawierzy np. możliwość zadziałania woli mocy. Albo zakłada możliwość działania bez jakiejkolwiek pewności i wiary.

piątek, 13 stycznia 2012

Paradoks działania i poznania

Uwaga! – piszę poniżej o oczywistościach tak jakby były one czymś niezwykłym - nie oczekujcie fajerwerków:)

W życiu musimy podejmować decyzje. Stopień determinacji do działania jest wprost proporcjonalny do stopnia zaufania jakim obdarzamy wiedzę na bazie, której podejmujemy decyzje. Im bardziej jestem pewny, tym skuteczniej mogę zadziałać teraz i konsekwentniej podtrzymywać działanie w przyszłości. Niepewność skutkuje wahaniem się, paraliżem woli i zawieszeniem działania. Należy zauważyć, iż to czy ostatecznie zadziałam czy nie, zależy od mojej pewności, od mojego stosunku do posiadanej wiedzy, a nie od samej jakości tej wiedzy. Osoba A może mieć obiektywnie lepszą jakościowo wiedzę (bardziej prawdziwą) od osoby B, ale będzie jej dużo bardziej niepewna. Dlatego szansa, iż na bazie swojej lepszej wiedzy podejmnie działanie będzie mniejsza, niż w przypadku osoby B. Jeśli obie osoby by zadziałały, to jest większa szansa, iż osoba B poniesie fiasko (bo jest w posiadaniu gorszej jakościowo wiedzy), ale problem polega na tym, że jest mała szansa na to, że A zadziała w ogóle. Ostatecznie chodzi tutaj o moją pewność do tego co znajduję w sobie – im większa owa pewność, tym większa determinacja do działania. Aby działać skutecznie muszę się oprzeć na tym co znajduje wewnątrz siebie. Proces podjęcia decyzji (tutaj wyraźnie odróżniam go od dochodzenia do wiedzy, od zastanawiania się na decyzją) jest indywidualny i oparty na tym co wewnętrzne – immanentne. Aby skutecznie realizować podjęty zamiar nie mogę wątpić w wiedzę na bazie, której podjąłem decyzję – spadek stopnia mojej pewności będzie skutkował spadkiem determinacji do dalszej realizacji podjętego zamiaru. Pojawiające się wątpliwości, krytyka, podejrzliwość do prawdziwości moich uzasadnień, do słuszności moich intencji odwiedzić mnie będą od podjętego celu i rozproszą moje siły.

W życiu często się mylimy. Każdy z nas nie raz w swym życiu tego doświadczył. Pewni siebie utrzymywaliśmy dane twierdzenie, ufaliśmy w to, że jest ono prawdziwe. Nawet byliśmy w stanie podawać argumenty za jego słusznością, które odwoływały się do indywidualnych doświadczeń. Jednak w efekcie rozmowy, nowych doświadczeń czy lektury, nasza wewnętrzna pewność co do prawdziwości danego twierdzenia słabła, aż w końcu przyjęliśmy może nawet przekonanie przeciwne. Życie nas uczy, że nie jesteśmy wszystko wiedzący, popełniamy błedy, uczymy się na nich. W efekcie nasza wiedza na temat otaczającego świata staje się doskonalsza. W tym procesie pomaga nam otwarcie się na to co inne – poznanie innych (nie ciągle tych samych) osób, zwiedzenie innych (nie ciągle tych samych) miejsc, czytanie innych książek. Ale także odczytanie tych samych książek na nowo, albo „nowe” przebywanie z tymi samymi ludźmi (otwarcie się na możliwość znalezienia inności w tych, którzy są nam bliscy). Prócz otwarcia na to co poza nami, pomagają na tej drodze także refleksja, stawianie egzystencjalnie istotnych pytań (tj. dotyczących podstaw naszego życia), oraz krytyka w stosunku do własnej osoby i własnych przekonań. Czy nie mylę się twierdząc to i to? Czy przypadkiem nie jest tak, iż uważam tak, bo w ten sposób mnie wyuczono i przyjmuję to bezrefleksyjnie, albo też, bo dane twierdzenie po prostu służy mojej grupie społecznej, etnicznej czy religijnej? Nie obejdzie się na tej drodze bez zdziwienia, a także podejrzliwości – cóż tam kryje się za horyzontem? Widać więc, że dążeniu do lepszej wiedzy musi towarzyszyć pewien stopień zwątpienia, braku pewności co do tego co już obecnie się wie. Jeśli brakuje zwątpienia to znaczy, że nie traktuje się poważnie stawianych pytań, które powstają w efekcie zdziwienia – udaje się, że się je stawia, a tak naprawdę zna się już słuszną odpowiedź. W takim wypadku samo zdziwienie, i następujące po nim zastanawianie się nie są autentyczne.

Widzimy więc, że działanie i poznawanie różni sie stosunkiem do posiadanej wiedzy, a dokładniej pewnoscia jaka sie ja obdarza. Czy jest więc tak, że im bardziej czlowiek dziala tym mniej moze watpic w to co wie, a im bardziej dazy do nowego poznania tym bardziej musi watpic w to co wie?  Czy pójście w jedną stronę oznacza oddalenia się od drugiej? Paradoks polega na tym, ze z jednej strony aby dzialac potrzebujemy prawdziwej wiedzy - dzialanie w oparciu o urojenia nie majace odniesienia do rzeczywistosci sprowadzi nas na manowce. Ale jednoczesnie aby zdobyc wiedze musimy watpic w to co sie juz wiemy, to z kolei demotywuje do dzialania. Czy poznanie sluzy czy przeszkadza dzialaniu?

środa, 8 czerwca 2011

Die Polenlieder, czyli Polak i Niemiec - dwa bratanki

Z pewnością historia Polaków i Niemców nie jest bogata w okresy wzajemnego pokoju, szacunku i współpracy. Tym bardziej jednak warto być świadomym, że istniały pewne działania po obu stronach, które zaprzeczałyby tezie, iż historycznie da się wykazać, że konflikt pomiędzy tymi dwoma narodami jest koniecznością. Przykładem takiej "współpracy" jest reakcja niemieckich intelektualistów a także zwykłych obywateli na powstanie listopadowe z 1830 roku. M.in. Engels i Marks wtedy bardzo entuzjastycznie wypowiadali się na temat zrywu niepodległościowego Polaków. Wsparcie to w historii funkcjonuje pod nazwą Polenlieder - ze względu na bardzo dużą aktywność niemieckich artystów, którzy w swych utworach upamiętniali bohaterskie czyny powstańców. Polska wikipedia informuje o tym fenomenie - http://pl.wikipedia.org/wiki/Polenlieder . Jakie formy przybrała reakcja liberalnej i demokratycznej opozycji w Niemczech na powstanie listopadowe?
- pisano o powstaniu na łamach prasy i w różnych broszurach
- posłowie w niemieckich parlamentach wygłaszali specjalne oświadczenia bedące wyrazem solidaryzowania się z Polakami
- praktyczne wspomaganie powstańców darami rzeczowymi, zbiórkami pieniężnymi
- wysłanie lekarzy niemieckich do Polski, którzy wstępowali do armii polskiej 
- pomoc udzielona powstańcom, którzy po powstaniu z Polski próbwali dostać się do Francji
- tzw. liryka polska- "prawie wszyscy niemieccy poeci i pisarze z tamtych lat wyrazili swoją sympatię do Polaków". Szacuje się, że powstało wtedy ok. 1000 wierszy o tematyce polskiej. Niektóre z tych utworów rozchodziły się w zawrotnym tempie np. Juliusza Mosena Die letzten Zehn vom 4. Regiment - pierwsze wydanie zostało sprzedane w jeden dzień, drugie w nakładzie 2000 sztuk w trzy dni.
(Zob. "Powstanie listopadowe 1830 - 1831. Geneza - uwarunkowania - bilans - porównania." Wydawnictwo PAN 1983, s. 160 - 161)
- zakładano towarzystwa pomocy dla powstańców, które głównie miały za zadanie  dostarczenia opatrunków, odzieży i finansowanie ich przejścia przez teren Niemiec. (Zob. tamże, s. 166)


środa, 1 czerwca 2011

Powstanie tkaczy śląskich w 1844 roku


[Tekst poniższy jest moim tłumaczeniem za niemiecką wikipedią (źródło: http://de.wikipedia.org/wiki/Weberaufstand#Schlesischer_Weberaufstand_1844) ]


Śląskie powstanie tkaczy z 1844 nie było ani pierwszym tego typu buntem w regionie Gór Sowich ani najgwałtowniejszym. W latach 1785/86, 1793 i 1798 dochodziło do wystąpień na większą skalę. Wyjątkowość buntu z 1844 polegała na tym, iż udało mu się zaistnieć w świadomości publicznej. Tym samym stał się tematem opracowywanym w publikacjach i literaturze swego czasu. W tym znaczeniu śląskie powstanie tkaczy, wpływając na ukształtowanie się politycznych opinii, może być łączone z rewolucją, która nastąpiła w roku 1848.
Śląsk jak wiadomo został w 1740 roku zaanektowany przez króla pruskiego Fryderyka II. Ze tego względu jego nowi poddani byli dłużej, aniżeli mieszkańcy innych regionów Prus, zależni od właścicieli ziemskich. Reforma chłopska z 1807 roku została przeprowadzona tylko częściowo. Dwie trzecie mieszkańców Śląska było podporządkowanych jakiemuś właścicielowi, na rzecz którego musiało świadczyć różne feudalne zobowiązania. Śląscy tkacze próbowali spadek cen swoich produktów nadrobić ich ilością. Ale nawet praca dzieci i wydłużenie czasu pracy nie zdołało doprowadzić do wyrównania, także z powodu spadku jakości produktów. Dodatkowo za granicą istniała możliwość pracy na nowoczesnych krosnach tkackich, na których zakup rodzimych tkaczy nie było stać. Poza tym, okolice Gór Sowich należały do obszarów najgęściej zaludnionych na Śląsku. Pieszyce posiadały prawie 6000, a Bielawa 12000 mieszkańców. W takiej sytuacji w regionie było zbyt dużo osób zdolnych do pracy. Mimo to tym mieszkańcom, którzy tkali w bawełnie powodziło się trochę lepiej aniżeli tkającym we lnie. Ci drudzy byli wyjątkowo biedni, nawet głodowali. W tej sytuacji w czerwcu 1844 roku doszło do buntu.
3 czerwca spotkało się 20 tkaczy z Pieszyc i pobliskich miejscowości na Kapellenberg i dyskutowali nad sposobami obrony przed fabrykantami. Postanowili zaprotestować śpiewając politycznie prześmiewcze piosenki pod firmą braci Zwanziger, którzy byli odpowiedzialni za obniżenie wynagrodzeń. Fabrykanci Ernst Fridrich i August Zwanziger uzbroili swych służących w kamienie i kije, karząc rozpędzić protestujących, a tkacza Wilhelma Mädlera kazali miejscowej policji pojmać.
W zamiarze wypuszczenia Mädlera oraz uzyskania podwyżek płac, został utowrzony 4 czerwca kordon protestujący, do którego przyłączyli się prawie wszyscy miejscowi tkacze. Wybrali oni delegacje do prowadzenia negocjacji, ale rozmowa z landratem Dzierżoniowia nie przyniosła jakichkolwiek rezultatów. Kiedy wrócili pod budynek Zwanziegerów, nie zastali ich. Wtedy postanowili gwałtem wedrzeć się do budynku i zniszczyli całe wyposażenie. Wtargnęli także do budynku administracji, magazynów i fabryki. W wyniku tego rodzina Zwanziegerów uciekła do Wrocławia.
5 czerwca fabrykanci Fellmann i Hoferichter mogli się wykupić pieniędzmi, chlebem i słoniną. Tłum ruszył dalej do Bielawy do fabrykantów Andretzkiego i Hilberta. Byli oni znienawidzeni, a ich posiadłości zostały zdewastowane. Wpadł także w oko buntowników Dierig, który zatrudniał zamiejscowych pracowników. Przepłacił on jednak swoich pracowników aby wystąpili przeciwko tkaczom. Bracia Dierig próbowali zapanować nad tłumem wypłacając pieniądze.
Królewski gabinet zlecił urzędowi kryminalnemu sądowi drugiej instancji we Wrocławiu: „Buntowników odnaleźć i pociągnąć do odpowiedzialności”. W międzyczasie zarządzili urzędnicy atak pruskiego wojska, i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Jedenaście osób (w tym jedna kobieta) zginęło, a dwudziestu czterech zostało ciężko ranionych. Takie zachowanie wzmożyło tylko złość, w wyniku której doszło do dalszych plądrowań. Wojsko początkowo ustąpiło tłumowi uzbrojonemu w kamienie i kije, ale po przybyciu posiłków został bunt stłumiony.
Liczni tkacze zostali złapani i osadzeni w ciężkich więzieniach,  lub wychłostani.

Interpretacja powstania tkaczy
Było to powstanie typowo wczesno-przemysłowym buntem robotniczym, dla którego interpretacja zarówno jako klasycznej rewolty głodowej, czy Maschinenstürmer-ów, czy też walki klasowej, nie wydaje się odpowiednia.
Przeciwko interprteacji Maschinenstürmer-owej przemawia fakt, iż gniew tkaczy nie kierował się przeciwko oszczędnym „maszynom”, ale przeciw nieuczciwym zarządcom.
Interpretację inną niż walka klasowa, sugeruje fakt, iż zniszczenie kierowało się na konkretnych zarządców, zaś inni zostali oszczędzeni, albo mogli się „wykupić”. Ani feudalni panowie, ani władza w ogóle, nie byli celami powstania. 

Jak zostało wspomniane, wydarzenia te zaistniały w sferze publicznej. Dzięki temu także artyści w swoich dziełach odwoływali się do tamtych wydarzeń. Przykładem może być dramat Die Weber Gerharta Hauptmanna wiersz Heinricha Heinego  

Die schlesischen Weber (1845)
    
    Im düstern Auge keine Träne,
    Sie sitzen am Webstuhl und fletschen die Zähne:
    Deutschland, wir weben dein Leichentuch,
    Wir weben hinein den dreifachen Fluch -
    Wir weben, wir weben!
    
    Ein Fluch dem Gotte, zu dem wir gebeten (Anmerkung)
    In Winterskälte und Hungersnöten;
    Wir haben vergebens gehofft und geharrt,
    Er hat uns geäfft und gefoppt und genarrt -
    Wir weben, wir weben!
    
    Ein Fluch dem König, dem König der Reichen, (Anmerkung)
    Den unser Elend nicht konnte erweichen,
    Der den letzten Groschen von uns erpreßt
    Und uns wie Hunde erschießen läßt -
    Wir weben, wir weben!
    
    Ein Fluch dem falschen Vaterlande, (Anmerkung)
    Wo nur gedeihen Schmach und Schande,
    Wo jede Blume früh geknickt,
    Wo Fäulnis und Moder den Wurm erquickt -
    Wir weben, wir weben!
    
    Das Schiffchen fliegt, der Webstuhl kracht,
    Wir weben emsig Tag und Nacht -
    Altdeutschland, wir weben dein Leichentuch - (Anmerkung)
    wir weben hinein den dreifachen Fluch -
    Wir weben, wir weben!

We współczesności doczekał się ten wiersz kilku wykonań muzyczynych, np. Liderjan - Die Weber - http://www.youtube.com/watch?v=RrlpZD25eEY

wtorek, 31 maja 2011

Czy istnieje naród słowacki i białoruski?

Dla tych wszystkich, którzy nie przyjmują za Marksem ograniczenia definicji narodu do narodu historycznego (takiego narodu, który istniał politycznie i spełniał w procesie rozwoju Europy istotną rolę np. Francuzi, Anglicy, Polacy), pragnę przytoczyć drobny fakt dotyczący konstytuowania się narodów słowackiego i białoruskiego. Oba te narody nie posiadały własnej, odrębnej historii politycznej. Warto zastanowić się, co mówią dane liczbowe: otóż w przededniu I wojny światowej liczba świadomych narodowo Słowaków wynosiła około 500 rodzin, a liczba nosicieli narodowej świadomości białoruskiej nie przekraczała 4000 osób.(źródło: Andrzej Walicki, Odpowiedź na głosy w dyskusji, w: Powstanie listopadowe 1830 - 1831. Geneza, uwarunkowania, bilans, porównania., s. 325.)  Ile dzisiaj świadomych narodowo jest Ślązaków?
Ale można oczywiście zapytać, czy z tych faktów i takiego porównania cokolwiek wynika dla współczesnej sytuacji Ślązaków? Walicki opisuje przecież sytuację sprzed wybuchu I wojny światowej. Trzeba by było zapytać ile wtedy było świadomych narodowo Ślązaków. Zwolennikiem determinizmu historycznego w tym wypadku raczej bym nie był, i nie w celu kreślenia świetlanej przyszłości narodu śląskiego przytoczyłem te fakty. O czym można na ich podstawie wnosić?
Po pierwsze. Czy ktokolwiek wątpi w to, że Słowacy i Białorusini są narodami mimo braku politycznej suwerenności w historii? Czym Słowacy się różnią od Ślązaków, których dzisiaj świadomych narodowo jest kilka set tysięcy? Czy język słowacki różni się bardziej od czeskiego, niż język śląski od języka polskiego? Jest Słowaków więcej niż Ślązaków? I co z tego - od kiedy liczebność grypy stanowi jedno z kryteriów przypisania jej statusu narodu?
Po drugie. Ten przykład zwraca uwagę na to, że nieprawdą jest, iż narody to pewne byty, które zawsze istniały i będą istnieć w platońskiej sferze idei. Tak jak naród niemiecki czy polski powstawały w historii, na drodze więzów etnicznych, a także wspólnoty kultury, języka i losu, tak samo - tylko, że z pewnym opóźnieniem - nastąpiło to w przypadku Słowaków i Białorusinów. Czy te narody są gorszymi narodami, quasi-narodami, pół-narodami? Czy 1000 lat temu istniał naród słowacki? I z tego powodu esencjalizm narodowy należy zamienić procesualizmem narodowym. Narody nie są bytami, które istnieją w rzeczywistości idealnej, ale są grupami realnych ludzi z ich historią i doświadczeniami. Tak jak ludzie się rodzą, rozwijają i umierają, tak samo dzieje się z narodami. I jeden z narodów właśnie dojrzewa, staje się (chociaż niekoniecznie jeszcze jest) na Śląsku.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Autonomia Pomorza Gdańskiego i Warmii w ramach Rzeczypospolitej Obojga Narodów

W tekście chciałbym się odnieść do mniej znanej karty historii państwa polskiego. Chodzi o autonomię - zestaw szczególnych praw - jakimi cieszyła się przez ponad 300 lat jedna z prowincji  królestwa polskiego w latach 1466 do 1772. Chodzi tutaj o obecne pomorze gdańskie i ziemię warmińską. Obszar ten w tamtym czasie nosił nazwę Prus Królewskich.  
Pojęcie pruskości powszechnie - i to zarówno w kulturze polskiej jak i niemieckiej - jest zazwyczaj wiązane z kultem militaryzmu, rygoryzmem, obowiązkowością,  rozwiniętą biurokracją. Nazwa - Prusy - jest używana w odniesieniu do niemieckiego państwa, które przez wieki zagrażało Polsce. Ale prócz tych Prus istniały w historii także inne, które z wymienionymi powyżej cechami nie miały zbyt dużo wspólnego. Wręcz przeciwnie - swoją tożsamość budowały w opozycji do nich.  Mieszkańcy tych "innych Prus" woleli być częścią ówczesnej Rzeczypospolitej aniżeli przyłączyć się do księstwa pruskiego.
Ale przyjrzyjmy się bliżej historii. Mianowicie - od 1455 roku Prusami nazywano dwa kraje - Prusy Książęce i Królewskie. Wschodni obszar - z dotychczasowych ziem Zakonu Krzyżackiego - z główną siedzibą w Królewcu był określany nazwą Prus Książęcych. Były one do 1525 roku pod władzą Zakonu Krzyżackiego, zaś potem zostały zsekularyzowane przez Albrechta von Hohenzollerna stając się księstwem pruskim. Od tamtego okresu księstwo to było także lennem polskim. Z kolei zachodni obszar z byłych posiadłości Zakonu (dla którego głównymi miastami były: Gdańsk, Elbląg i Toruń) był określany mianem Prus Królewskich lub też od XVIII wieku Prus Polskich. Należały one od 1466 roku do 1772 do korony polskiej. Ówczesny podział przedstawia poniższa mapa:
Prusy Królewskie cieszyły się w ramach polskiego państwa sporą autonomią. Pragnę się skupić na przedstawieniu tej kwestii bardziej szczegółowo.
Dwoma głównymi elementami pruskiej autonomii były Ius indigenatus (prawo indygenatu) oraz prawo chełmińskie. Indygenat oznaczał prawo do mianowania w ramach prowincji na pozycje urzędnicze wyłącznie osób, które pochodziły z Prus (s. 57). Oznaczało to, iż  aby móc w ogóle ubiegać się o dany urząd rodzice danej osoby musieli być mieszkańcami Prus - mniej istotnym było w ich przypadku czy byli tubylcami czy przybyłymi. Sama jednak osoba starająca się o urząd musiała być autochtonem. Wykluczeni więc z możliwości obejmowania urzędów byli cudzoziemcy w pierwszym pokoleniu. Co oczywiście dotyczyło także Polaków z Korony. Ograniczenie to bazowało na intuicji, iż aby prawdziwie troszczyć się o daną ziemię - jej interesy i dobro powszechne - trzeba z niej pochodzić.
Indygenat oznaczał prawo do bycia pełnoprawnym obywatelem danej dzielnicy - posiadanie uprzywilejowanego statusu prawnego i społecznego. Polacy na różne sposoby starali się przedefiniowywać pojęcie indygenatu, np. aby posiadać to prawo wystarczać miało tylko przyjęcie zasad ustrojowych i praw zwyczajowych danego obszaru, a niekonieczne było urodzenie w ramach jego granic. Dla szlachty i mieszczan pruskich było jednak bardzo ważne, aby osoby sprawujące władze na ich terenie były ich rodakami. Dlatego sprzeciwiali się odgórnemu mianowaniu na poszczególne urzędu np. biskupie osób spoza Prus. 
Polacy krytykowali prawo indygenatu ze względu na to, iż ograniczało możliwości ich awansu w Prusach, podczas gdy tego typu ograniczenia dla Prusaków w Koronie nie istniały.  Prawo to było więc często omijane lub reinterpretowane tak, iż osoby spoza Prus mogły piastować istotne funkcje. Ale jego istnienie i ograniczenia jakie implikowało miały swoje uzasadnione podstawy. Okazało się mianowicie, iż mimo tych ograniczeń do końca Rzeczypospolitej  (tj. do rozbiorów) zdecydowanie więcej nie-Prusaków otrzymywało posady urzędnicze w Prusach, niż Prusaków w Polsce. Gdyby w ogóle nie istniało prawo indygenatu, to wtedy jeszcze więcej cudzoziemców obejmowałoby posady urzędników.
Drugim, istotnym elementem autonomii Prus Królewskich było prawo chełmińskie. Było ono związane z krzyżacką historią i niemiecką kolonizacją pruskich obszarów. Zbiór prawa chełmińskiego został potwierdzony w 1454 roku przez króla polskiego jako jeden z filarów autonomii pruskiej (s. 67). Stanowiło ono przypuszczalnie pomieszanie prawa flamandzkiego, sasko-magburskiego, a także polskiego. Szlachta pruska, inaczej niż mieszczanie była przeciwna temu prawu i starała się go znieść. Mieszczanie walczyli o utrzymanie ciągłości swych tradycji i sprzeciwiali się tego tupu próbom. Jednakże mimo tych rozbieżności nawet pruscy szlachcice podkreślali odrębny charakter własnego ustroju, mało tego - utożsamiali pozycję Prusaków ze statusem jaki miał w ramach Rzeczypospolitej naród litewski. Oczywiście polska strona odrzucała tego typu próby zrównania statusu Prus i Litwy. 
Prusacy nie bronili owego prawa z powodu jego krzyżackiego czy niemieckiego pochodzenia, ale ze względu na jego znaczenie dla autonomii ich ziemi. Dawało im ono możliwość wolnego wyboru sędziów i rajców spośród siebie, przywilej zwoływania sejmów i miejscowych zgromadzeń (s. 70). Mieszczanie pruscy byli bardzo przywiązani do owych praw, i traktowali je jako element swojej tożsamości, różniący ich od mieszkańców Korony.

Powyższy tekst powstał w oparciu o książkę Karin Fridrich - "Inne Prusy. Prusy Królewskie i Polska miedzy wolnością a wolnościami (1569 - 1772)". Poruszyłem tutaj tylko jeden z elementów przedstawianych w książce. Autorka pokazuje w jaki sposób przedstawiały się relacje między Prusakami i Polakami w ramach ich wspólnego królestwa. Okazywało się, iż czasem np. podczas najazdu Szwedów mieszczanie Pruscy, którzy w większości mieli niemiecki korzenie, okazywali się bardziej lojalni wobec korony polskiej aniżeli szlachta polska. Książka skupia się m.in. na problemie Prusaków z ich określeniem swojej relacji do Polski i polskości przez te około 300 lat. Z jednej strony woleli oni zostać w ramach królestwa polskiego z racji braku lepszych alternatyw - nie odpowiadał im bardziej absolutystyczny sposób rządzenia w księstwie pruskim. Przyswajali nawet ideologię sarmacką, tworzyli własne mity uzasadniające  pokojowe współżycie Polaków, Prusów i Niemców. Ale z drugiej strony pragnęli zachować swoją odrębną tożsamość, i bronili się przed centralistycznymi dążeniami szlachty polskiej i jej królów. Zachęcam do lektury książki, która ukazuje jak kształtował się - rzadko poruszany na lekcjach historii - proces demokratyzacji poszczególnych obszarów państwa polskiego.