wtorek, 31 maja 2011

Czy istnieje naród słowacki i białoruski?

Dla tych wszystkich, którzy nie przyjmują za Marksem ograniczenia definicji narodu do narodu historycznego (takiego narodu, który istniał politycznie i spełniał w procesie rozwoju Europy istotną rolę np. Francuzi, Anglicy, Polacy), pragnę przytoczyć drobny fakt dotyczący konstytuowania się narodów słowackiego i białoruskiego. Oba te narody nie posiadały własnej, odrębnej historii politycznej. Warto zastanowić się, co mówią dane liczbowe: otóż w przededniu I wojny światowej liczba świadomych narodowo Słowaków wynosiła około 500 rodzin, a liczba nosicieli narodowej świadomości białoruskiej nie przekraczała 4000 osób.(źródło: Andrzej Walicki, Odpowiedź na głosy w dyskusji, w: Powstanie listopadowe 1830 - 1831. Geneza, uwarunkowania, bilans, porównania., s. 325.)  Ile dzisiaj świadomych narodowo jest Ślązaków?
Ale można oczywiście zapytać, czy z tych faktów i takiego porównania cokolwiek wynika dla współczesnej sytuacji Ślązaków? Walicki opisuje przecież sytuację sprzed wybuchu I wojny światowej. Trzeba by było zapytać ile wtedy było świadomych narodowo Ślązaków. Zwolennikiem determinizmu historycznego w tym wypadku raczej bym nie był, i nie w celu kreślenia świetlanej przyszłości narodu śląskiego przytoczyłem te fakty. O czym można na ich podstawie wnosić?
Po pierwsze. Czy ktokolwiek wątpi w to, że Słowacy i Białorusini są narodami mimo braku politycznej suwerenności w historii? Czym Słowacy się różnią od Ślązaków, których dzisiaj świadomych narodowo jest kilka set tysięcy? Czy język słowacki różni się bardziej od czeskiego, niż język śląski od języka polskiego? Jest Słowaków więcej niż Ślązaków? I co z tego - od kiedy liczebność grypy stanowi jedno z kryteriów przypisania jej statusu narodu?
Po drugie. Ten przykład zwraca uwagę na to, że nieprawdą jest, iż narody to pewne byty, które zawsze istniały i będą istnieć w platońskiej sferze idei. Tak jak naród niemiecki czy polski powstawały w historii, na drodze więzów etnicznych, a także wspólnoty kultury, języka i losu, tak samo - tylko, że z pewnym opóźnieniem - nastąpiło to w przypadku Słowaków i Białorusinów. Czy te narody są gorszymi narodami, quasi-narodami, pół-narodami? Czy 1000 lat temu istniał naród słowacki? I z tego powodu esencjalizm narodowy należy zamienić procesualizmem narodowym. Narody nie są bytami, które istnieją w rzeczywistości idealnej, ale są grupami realnych ludzi z ich historią i doświadczeniami. Tak jak ludzie się rodzą, rozwijają i umierają, tak samo dzieje się z narodami. I jeden z narodów właśnie dojrzewa, staje się (chociaż niekoniecznie jeszcze jest) na Śląsku.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Autonomia Pomorza Gdańskiego i Warmii w ramach Rzeczypospolitej Obojga Narodów

W tekście chciałbym się odnieść do mniej znanej karty historii państwa polskiego. Chodzi o autonomię - zestaw szczególnych praw - jakimi cieszyła się przez ponad 300 lat jedna z prowincji  królestwa polskiego w latach 1466 do 1772. Chodzi tutaj o obecne pomorze gdańskie i ziemię warmińską. Obszar ten w tamtym czasie nosił nazwę Prus Królewskich.  
Pojęcie pruskości powszechnie - i to zarówno w kulturze polskiej jak i niemieckiej - jest zazwyczaj wiązane z kultem militaryzmu, rygoryzmem, obowiązkowością,  rozwiniętą biurokracją. Nazwa - Prusy - jest używana w odniesieniu do niemieckiego państwa, które przez wieki zagrażało Polsce. Ale prócz tych Prus istniały w historii także inne, które z wymienionymi powyżej cechami nie miały zbyt dużo wspólnego. Wręcz przeciwnie - swoją tożsamość budowały w opozycji do nich.  Mieszkańcy tych "innych Prus" woleli być częścią ówczesnej Rzeczypospolitej aniżeli przyłączyć się do księstwa pruskiego.
Ale przyjrzyjmy się bliżej historii. Mianowicie - od 1455 roku Prusami nazywano dwa kraje - Prusy Książęce i Królewskie. Wschodni obszar - z dotychczasowych ziem Zakonu Krzyżackiego - z główną siedzibą w Królewcu był określany nazwą Prus Książęcych. Były one do 1525 roku pod władzą Zakonu Krzyżackiego, zaś potem zostały zsekularyzowane przez Albrechta von Hohenzollerna stając się księstwem pruskim. Od tamtego okresu księstwo to było także lennem polskim. Z kolei zachodni obszar z byłych posiadłości Zakonu (dla którego głównymi miastami były: Gdańsk, Elbląg i Toruń) był określany mianem Prus Królewskich lub też od XVIII wieku Prus Polskich. Należały one od 1466 roku do 1772 do korony polskiej. Ówczesny podział przedstawia poniższa mapa:
Prusy Królewskie cieszyły się w ramach polskiego państwa sporą autonomią. Pragnę się skupić na przedstawieniu tej kwestii bardziej szczegółowo.
Dwoma głównymi elementami pruskiej autonomii były Ius indigenatus (prawo indygenatu) oraz prawo chełmińskie. Indygenat oznaczał prawo do mianowania w ramach prowincji na pozycje urzędnicze wyłącznie osób, które pochodziły z Prus (s. 57). Oznaczało to, iż  aby móc w ogóle ubiegać się o dany urząd rodzice danej osoby musieli być mieszkańcami Prus - mniej istotnym było w ich przypadku czy byli tubylcami czy przybyłymi. Sama jednak osoba starająca się o urząd musiała być autochtonem. Wykluczeni więc z możliwości obejmowania urzędów byli cudzoziemcy w pierwszym pokoleniu. Co oczywiście dotyczyło także Polaków z Korony. Ograniczenie to bazowało na intuicji, iż aby prawdziwie troszczyć się o daną ziemię - jej interesy i dobro powszechne - trzeba z niej pochodzić.
Indygenat oznaczał prawo do bycia pełnoprawnym obywatelem danej dzielnicy - posiadanie uprzywilejowanego statusu prawnego i społecznego. Polacy na różne sposoby starali się przedefiniowywać pojęcie indygenatu, np. aby posiadać to prawo wystarczać miało tylko przyjęcie zasad ustrojowych i praw zwyczajowych danego obszaru, a niekonieczne było urodzenie w ramach jego granic. Dla szlachty i mieszczan pruskich było jednak bardzo ważne, aby osoby sprawujące władze na ich terenie były ich rodakami. Dlatego sprzeciwiali się odgórnemu mianowaniu na poszczególne urzędu np. biskupie osób spoza Prus. 
Polacy krytykowali prawo indygenatu ze względu na to, iż ograniczało możliwości ich awansu w Prusach, podczas gdy tego typu ograniczenia dla Prusaków w Koronie nie istniały.  Prawo to było więc często omijane lub reinterpretowane tak, iż osoby spoza Prus mogły piastować istotne funkcje. Ale jego istnienie i ograniczenia jakie implikowało miały swoje uzasadnione podstawy. Okazało się mianowicie, iż mimo tych ograniczeń do końca Rzeczypospolitej  (tj. do rozbiorów) zdecydowanie więcej nie-Prusaków otrzymywało posady urzędnicze w Prusach, niż Prusaków w Polsce. Gdyby w ogóle nie istniało prawo indygenatu, to wtedy jeszcze więcej cudzoziemców obejmowałoby posady urzędników.
Drugim, istotnym elementem autonomii Prus Królewskich było prawo chełmińskie. Było ono związane z krzyżacką historią i niemiecką kolonizacją pruskich obszarów. Zbiór prawa chełmińskiego został potwierdzony w 1454 roku przez króla polskiego jako jeden z filarów autonomii pruskiej (s. 67). Stanowiło ono przypuszczalnie pomieszanie prawa flamandzkiego, sasko-magburskiego, a także polskiego. Szlachta pruska, inaczej niż mieszczanie była przeciwna temu prawu i starała się go znieść. Mieszczanie walczyli o utrzymanie ciągłości swych tradycji i sprzeciwiali się tego tupu próbom. Jednakże mimo tych rozbieżności nawet pruscy szlachcice podkreślali odrębny charakter własnego ustroju, mało tego - utożsamiali pozycję Prusaków ze statusem jaki miał w ramach Rzeczypospolitej naród litewski. Oczywiście polska strona odrzucała tego typu próby zrównania statusu Prus i Litwy. 
Prusacy nie bronili owego prawa z powodu jego krzyżackiego czy niemieckiego pochodzenia, ale ze względu na jego znaczenie dla autonomii ich ziemi. Dawało im ono możliwość wolnego wyboru sędziów i rajców spośród siebie, przywilej zwoływania sejmów i miejscowych zgromadzeń (s. 70). Mieszczanie pruscy byli bardzo przywiązani do owych praw, i traktowali je jako element swojej tożsamości, różniący ich od mieszkańców Korony.

Powyższy tekst powstał w oparciu o książkę Karin Fridrich - "Inne Prusy. Prusy Królewskie i Polska miedzy wolnością a wolnościami (1569 - 1772)". Poruszyłem tutaj tylko jeden z elementów przedstawianych w książce. Autorka pokazuje w jaki sposób przedstawiały się relacje między Prusakami i Polakami w ramach ich wspólnego królestwa. Okazywało się, iż czasem np. podczas najazdu Szwedów mieszczanie Pruscy, którzy w większości mieli niemiecki korzenie, okazywali się bardziej lojalni wobec korony polskiej aniżeli szlachta polska. Książka skupia się m.in. na problemie Prusaków z ich określeniem swojej relacji do Polski i polskości przez te około 300 lat. Z jednej strony woleli oni zostać w ramach królestwa polskiego z racji braku lepszych alternatyw - nie odpowiadał im bardziej absolutystyczny sposób rządzenia w księstwie pruskim. Przyswajali nawet ideologię sarmacką, tworzyli własne mity uzasadniające  pokojowe współżycie Polaków, Prusów i Niemców. Ale z drugiej strony pragnęli zachować swoją odrębną tożsamość, i bronili się przed centralistycznymi dążeniami szlachty polskiej i jej królów. Zachęcam do lektury książki, która ukazuje jak kształtował się - rzadko poruszany na lekcjach historii - proces demokratyzacji poszczególnych obszarów państwa polskiego.

niedziela, 30 stycznia 2011

Krótka historia organizowania się mniejszości niemieckiej w Polsce

Tutaj pierwszy z trzech filmików ukazujących proces kształtowania się organizacji mniejszości niemieckiej w Polsce - http://www.youtube.com/watch?v=2bThQaXPjoY 

Można zauważyć pewną analogię pomiędzy sytuacją Niemców w Polsce około 20 lat temu  a współczesną sytuacją Ślązaków (tylko pewną analogię, nie twierdzę, że sytuacje te są identyczne) Jeszcze w latach osiemdziesiątych (40 lat po wojnie!) negowano istnienie w Polsce Niemców - i to zarówno po lewej stronie sceny politycznej (generał Jaruzelski) jak i prawej (kardynał Glemp). Jednak przypuszczenia te okazały się błędne. Niemcy pod koniec lat 80 sami zaczęli tworzyć listy świadczące o ich obecności w kraju. Kiedy w końcu został przez nich złożony wniosek o rejestrację organizacji mniejszości, to został on odrzucony przez sąd. Decyzję uzasadniono zagrożeniem dla powszechnego porządku społeczeństwa. W prasie pojawiały się głosy pełne sceptycyzmu i obaw - "Czy istnieje mniejszość niemiecka?", "Który Vaterland?". Ale ostatecznie organizacja mogła rozpocząć legalną działalność, a głosy z czasem ucichły (bardziej szczegółowo proces ten został przedstawiony na filmie). Polacy pogodzili się w dużym stopniu z tym, że w graniach ich kraju mieszkają Niemcy, którzy także są obywatelami polskimi. Nie dość tego - przedstawiciele mniejszości niemieckiej dostali się do parlamentu polskiego. Także na szczeblach lokalnej władzy uzyskali licznych przedstawicieli. Czy Polska z tego powodu przez ostatnie 20 lat się zawaliła? 

Wydaje mi się, że dzisiejsze reakacje mediów i polityków na dojście Ruchu Autonomii Śląska do władzy  w województwie śląskim są efektem tegoż samego strachu przed zmianami co 20 lat temu. Także dziś stosuje się te same zabiegi odwołujące się do obawy przed nowym - neguje się istnienie narodu śląskiego (co oczywiście jest innym rodzajem kłody rzuconej niż negowanie istnienia Niemców w Polsce. Nikt nie negował wtedy istnienia narodu niemieckiego w ogóle), utrudnia się legalizację organizacji mniejszości śląskiej, w mediach podnosi się alarm z powodu Ślązaków zagrażających integralności Polski. Dotyczy to polityków z całego spektrum politycznego (od lewicy - Napieralski, przez  tzw. liberałów - Nałęcz, Buzek, Komorowski, po prawicę - Dorn, Cichocki, oraz Radio Maryja). Ale to co się wydarzyło w przeciągu ostatnich 20 lat powinno nas nauczyć cierpliwości. Trzeba powoli, klarownie acz stanowczo tłumaczyć o co nam chodzi, aż zmiany zostaną zaakceptowane. Czymś naturalnym jest przyzwyczajenie do swojego oglądu rzeczywistości, do nawyków mentalnych, do domu w którym rzeczy są poukładane na swych miejscach, gdzie wszystko ma swoją etykietkę a każdy swoje ustalone miejsce. Ale przebudowa domu już się rozpoczęła. Idzie nowe - jeśli nie dla całej Polskie to na pewno dla świadomości Ślązaków. 

Pokazują to ostatnie badania Dziennika Zachodniego w czterech mistach Górnego Śląska - Katowicach, Gliwicach, Chorzowie i Rybniku -, które ukazały że 46% mieszkańców tych miast chce zadeklarować narodowość śląska w narodowym spisie powszechnym, który rozpocznie się już w kwietniu tego roku (źródło: http://katowice.naszemiasto.pl/tag/narodowosc-slaska-ras.html). Zgodnie z ostatnimi wynikami Spisu z 2002 roku Ślązacy są już teraz największą co do deklaracji mniejszością narodową w Polsce (ponad 170 tyś.). Czy ktoś jeszcze prócz dogmatycznych wyznawców Hegla pragnie w imię idei / definicji negować fakty empiryczne? Naród śląski jest faktem dla nas. A jeśli dla was jeszcze nie jest, to - rozumiemy wasze obawy - ponad 40 lat potrzebowaliście aby zrozumieć, że w granicach waszego kraju żyje przynajmniej 150 tyś. Niemców. Więc cierpliwości - także śląski fakt stanie się z czasem faktem dla was.

sobota, 8 stycznia 2011

Autonomia Śląska - dlaczego tak (6)

Do moich przyjaciół konserwatystów. 

Tak jak wcześniej próbowałem wykazywać niekonsekwencję - wewnętrzną sprzeczność - w stanowisku liberalnych krytyków autonomii Śląska, tak teraz pragnę wskazać na niekonsekwencję w Waszym tj. konserwatywnym postępowaniu wobec postulatów RAŚ-iu. 

Mianowicie - jak to się dzieje, iż gdy ktoś Was drodzy konserwatyści wyzywa od mocherów, czy oszołomów; kiedy wyśmiewa się waszych polityków np. za to jakiego są wzrostu; kiedy porównują wystąpienia waszych polityków do wystąpień faszystów; kiedy główne media w Polsce uciszają Wasze głosy skargi odwołaniami do pojednania i miłości; kiedy przedstawia się Was jako fundamentalistów religijnych gdy walczycie o żywą obecność symboli religijnych w sferze publicznej; kiedy główne media w kraju zamiast przyglądać się pracy rządu, ciągle tropią bolączki opozycji; We wszystkich tych sytuacjach - Wy reagując potraficie stać się mistrzami podejrzeń, demistyfikacji, krytyki i ujawniania źródeł manipulacji jakiej poddawane jest społeczeństwo przez media. Czasopismo Fronda jest w stanie poświęcić nawet cały numer mechanizmom manipulacji - numer 57. Dlaczego jednak nie korzystacie z metody krytycznej także wtedy kiedy ktoś pisze nieprawdę na temat stanowisk innych aniżeli Wasze? 

Dlaczego nie przyjżycie się z tą samą demistyfikującą stanowczością tekstom pisanym na temat Ruchu Autonomii Śląska? Dlaczego bezmyślnie powtarzacie, że Śląsk chce się odłączyć od Polski i nazywacie Ślązaków separatystami? Dlaczego Wasze wypowiedzi dotyczące tego zagadnienia są pełne fobii na punkcie tego co niemieckie? Dlaczego nie akceptujcie alternatywnych tożsamości narodowych pewnej grupy obywateli naszego kraju, którzy stanowią mniejszość? Dlaczego jesteście tak niekonsekwetni w stosowaniu krytycznej analizy? Dlaczego stosujcie ją tylko wtedy kiedy to na Wasz temat kłamią, zaś kiedy szkalują kogoś innego to przyłączacie się do kłamstw?

Bronisław Wildstein w przywołanym numerze Frondy pisze: "Kolejna fundamentalna manipulacja to zestawienie retoryki Jarosława Kaczyńskiego, do której można mieć mnóstwo zastrzeżeń, z praktyką delegitymizacji, czyli odebraniem opozycji prawomocności, a więc pozbawieniem jej racji bytu. Niektórzy 'naiwni' komentatorzy, np. Waldemar Kuczyński, piszą to wprost. PiS-owi nie podoba się nasza konstytucja. PiS-owi nie podoba się stan rzeczy w Polsce. PiS jest opozycją antysystemową. PiS powinien zostać co najmniej zmarginalizowany i nie wolno dopuścić, aby znalazł się w sytuacji, w której mógłby zdobyć władzę. Jest to wprost mówione. Z demokracją i wolnością nie ma to nic wspólnego, ponieważ - przypomnijmy - PiS ubiega się o zmianę konstytucji i systemu w naszym kraju metodami demokratycznymi." (str. 57) Przypuszczam, że większość z Was - konserwatystów - zgodzi się z powyższą analizą. Dlaczego jednak kiedy media szkalują RAŚ i używając tych samych schematów argumentacyjnych piszą nieprawdę Wy bezkrytycznie przyjmujecie takie argumenty? - RAŚ-owi nie podoba się nasza konstytucja, RAŚ jest partią antypolską, RAŚ powinien zostać zmarginalizowany (tak jak analogiczna organizacja w Czechach kilka lat temu), RAŚ nie może zdobyć władzy (niektórzy postulują aby zdelegalizować tą organizację) (dowody na takie wypowiedzi znajdziecie w moich poprzednich analizach). Dlaczego ten sam wniosek, który broni PiS przed kłamstwami, nie może obronić RAŚ-iu - przecież także RAŚ "ubiega się o zmianę konstytucji i systemu w naszym kraju metodami demokratycznymi." Dlaczego ten sam schemat manipulacji ze strony mediów kiedy dotyczy Was jest kłamstwem, a kiedy dotyczy Ślązaków okazuje się świętą prawdą? Dlaczego nagle wasz krytyczny zmysł - jeszcze przed chwilą tak precyzyjny - ulega otępieniu? Przecież wiecie bardzo dobrze, że te to co mówi mainstream mediów w Polsce to kłamstwa. Czy nadal chcecie poddawać się jego manipulacji  przyjaciele konserwatyści?!

wtorek, 28 grudnia 2010

Der Kniefall von Warschau

7 grudnia tego roku była obchodzona 40 rocznica dnia, w którym ówczesny kanclerz Niemiec Willy Brandt uklęknął przed Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Gest Brandta nie był czymś planowanym i wywołał powszechne zdziwienie wśród zgromadzonych wokoło polityków zarówno polskich jak i niemieckich, oraz innych osób. Zapadła cisza po tym jak niespodziewanie kanclerz uklęknął. Czyn ten przeszedł do historii jako jeden z symboli rozliczenia się Niemców z ich historią oraz kolejny etap pojednania polsko - niemieckiego. Tutaj możecie znaleźć dokument przedstawiający osobę Brandta oraz odnoszący się także do tamtego czynu - http://www.youtube.com/watch?v=lN2MM5wV-Bw&feature=related .

Film prócz sylwetki Brandta - pierwszego po II WŚ kanclerza z socjaldemokracji (wcześniej przez 20 lat rządzili w Niemczech chadecy), jest istotny także dla dalszych losów Śląska.
Podczas tamtej wizyty w 1970 roku został podpisany pomiędzy RFN i Polską układ o normalizacji wzajemnych stosunków. W jego ramach została uznana przez Zachodnie Niemcy granica na Odrze i Nysie. Tym samym Niemcy zrzekły się prawa do Pomorza, Warmii, Wielkopolski i Śląska. Film pokazuje jak gwałtownie zareagowała na tą wiadomość prawa strona sceny politycznej w Niemczech. Brandt przez część obywateli został okrzyknięty zdrajcą, odbywały się manifestacje przeciwko niemu.
Samo uklęknięcie - jak już wspomniałem - było kolejnym krokiem pojednania polsko - niemieckiego. Tamtego dnia uklęknąl ten, który nie musiał (Brandt działał w opozycji antyfaszystowskiej, był prześladowany przez nazistów) i zrobił to w imieniu tych, którzy powinni uklęknąć, ale tego nie uczynili. Jeśli chodzi o same relacje polsko - niemieckie to kilka lat wcześniej to oczywiście biskupi polscy wysłali orędzie do biskupów niemieckich z pamiętnymi słowami: "wybaczamy i prosimy o wybaczenie" (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Or%C4%99dzie_biskup%C3%B3w_polskich_do_biskup%C3%B3w_niemieckich). Zastanawiające, iż podczas gdy pierwszy gest pojednania ze strony polskiej czyni prawica, ze strony niemieckiej robi to lewica.

W tym kontekście jedna uwaga porównująca świadomość Polaków i Niemców co do przywołanych powyżej wydarzeń - listu biskupów i czynu Brandta. W świadomości Polaków żyje głównie ten pierwszy. Pamięć o tym co zrobił Brandt przemyka gdzieś wśród mniej istotnych artykułów informacyjnych. W tym roku mogło być trochę inaczej, bo obecny prezydent Niemiec Christian Woolf odwiedził 7 grudnia Polskę. Z kolei Niemcy traktują to co zrobił Brandt bardziej jako etap swojego rozliczenia z nazizmem aniżeli gest pojednawczy wystosowany do Polaków. Przypuszczam, że świadomość orędzia biskupów polskich także jest wśród nich mniej żywa. To przecież biskupi polscy jako pierwsi wyciągnęli rękę, zaś sama odpowiedź biskupów niemieckich byłą dosyć chłodna. Aczkolwiek należy pamiętać o różnych formach funkcjonowania kościoła w Polsce i w Niemczech. Wyszyńskiemu bardzo zależało na wystosowania tego listu i nie konsultował jego treści z całością hierarchów polskich, a tym bardziej z resztą wiernych. Co potwierdziły reakcje - nie tylko władzy, ale także społeczeństwa po ukazaniu się owego listu - "za co my mamy przepraszać!". Powstaje tutaj pytanie na ile był to gest pojednawczy kardynała Wyszyńskiego, a na ile całego kościoła polskiego? Kościół w Niemczech jest bardziej egalitarny, tym samym zdystansowana odpowiedź biskupów niemieckich odpowiadała rzeczywistym nastrojom społeczeństwa, które składało się przecież z kilku milionów wypędzonych z Europy środkowo - wschodniej.

czwartek, 23 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (5)

Przedmiot analizy: Ludwika Dorna list otwarty do Donalda Tuska

Po przeanalizowaniu kilku wypowiedzi liberalnej sceny politycznej sięgam po pierwszego przedstawiciela (nie twierdze, że skrajnego konserwatysty) stanowisk bardziej konserwatywnych - Ludwika Dorna.

Nie chce rozpatrywać argumentów, które już były analizowane np. nazywanie RAŚ ruchem separatystycznym, krytyka dawnych kontrowersyjnych wypowiedzi Gorzelika. Istotny nowy argument, który pojawia się w wypowiedzi Dorna, a którego nie było w tekstach wcześniej analizowanych, to krytyka samej idei decentralizacji państwa i ustanowienia autonomicznych regionów. O ile więc liberałowie akceptowali postulaty pogłębionej samorządności, czyli sferę zmian administracyjnych, zwiększenia upodmiotowienia obywateli, ale nie akceptowali afirmacji tożsamości i kultury śląskiej, o tyle Dorn nie akceptuje obu obszarów postulatów RAŚ.

Podstawą krytyki ze strony Dorna jest fakt, iż propozycje RAŚ-iu kwestionują "zasadę unitarnego charaktery Rzeczypospolitej". Trudno się z tym nie zgodzić. Tylko nie rozumiem dlaczego mamy zawężać sobie możliwy obszar dyskusji nad rozwiązywaniem problemów kraju do takiego, który nie wychodzi poza dogmat unitarności. Owszem zasada ta jest w konstytucji, ale z jakiego powodu nie mielibyśmy jej zmienić. Zmiany, o ile są dobre stanowią podstawę dla rozwoju. Oczywiście o ile są dobre. A nic tak nie służy prawidłowej selekcji pomysłów jak krytyczna dyskusja nad nimi. Aby ona jednak była możliwa nie należy krępować sobie rąk dogmatami, które przecięż nie oznaczają wprowadzenia np. systemu totalitarnego, ale rozwiązania, które są stosowane w wielu państwach Europy i reszty świata.

Przypuszczam, że kilka wieków temu tego typu dogmatem, którego nie należy zmieniać była np. pańszczyzna na wsi, później brak równouprawnienia kobiet, albo np. w USA brak równouprawnienia ludności czarnoskórej. Ale pańszczyznę zniesiono, kobiety w Polsce niedawno uzyskały parytety, zaś prezydentem Stanów od jakiegoś czasu jest czarnoskóry. Przypuszczam, że przed zalegalizowaniem tych zmian pojawiały się listy podobne do prezentowanego listu Dorna, w którym broniono pewnych "dogmatów". Jednakże po jakimś czasie zmiana owych "dogmatów" okazywała się słuszna. Czy może jednak dziś ktokolwiek - prócz skrajnej prawicy - pragnie kwestionować zasadę równości wszystkich obywateli - chłopów, kobiet czy czarnoskórych - względem prawa?

Zasada unitarności jest w konstytucji polskiej, ale sama konstytucja przecież "z luftu" sie nie wzięła. Jest wyrazem woli obywateli, i jeśli obywatele wyrażą wolę jej zmiany w ramach prcedur demokratycznego państwa prawa, to dlaczego taka zmiana nie miałyby się dokonać? Nie chodzi przecież tutaj o zmiany, które kwestionowałyby sam demokratyczny porządek państwa. Czy USA czy Niemcy, które są państwami federalnymi, nie są demokracjami? Podstawę dla demokracji nie stanowi zasada unitarności, ale dwie głowne wartości tj. wolność indywidualna i sprawiedliwość społeczna. W ramach procedur jakie daje nam demokracja nad pozostałymi kwestiami możemy dyskutować. Argument, że autonomia jest nie do zaakceptowania, bo nie ma jej w konstytucji, to żaden argument.

środa, 22 grudnia 2010

Autonomia Śląska - dlaczego tak (4.1)

Zanim przejdę do omówienia kolejnego tekstu, pragnę rozwinąć wątek, którym zakończyłem post nr 4 poświęcony autonomii Śląska. Wnioski do jakich tam dochodzę umożliwiają, moim zdaniem, ukazanie immanentnej sprzeczności, która tkwi w stanowisku przeciwników autonomii naszego regionu.

Skrótowe przypomnienie tamtych wniosków. Moje dotychczasowe analizy doprowadziły mnie do stwierdzenia, iż w dyskusji dotyczącej autonomii Śląska da się wyodrębnić dwa główne jej obszary. Pierwszy, z którym krytycy autonomii (przynajmniej ci liberalni, konserwatystów będe jeszcze analizował) są zgodni z jej zwolennikami - jest to obszar dotyczący sfery ekonomiczno - administracyjno - obywatelskiej. Ogólnie chodzi o ideę pogłębionej samorządności, czyli poprzez zmiany administracyjne doprowadzenie do zwiększenia poziomu upodmiotowienia obywateli w ich regionach, a tym samym uzyskanie większej efektywności ekonomicznej. Drugi obszar dotyczy kwestii kultury, historii, dziedzictwa i tożsamości śląskiej. I to on jest tym obszarem, który nie może zostać zaakceptowany przez analizowanych przeze mnie do tej pory krytyków autonomii.

Zauważmy jednak, iż owi krytycy są niekonsekwentni kiedy pozytywnie odnoszą się do pierwszej sfery dyskusji a negatywnie do drugiej. Dlaczego? Ano popatrzmy jak sprawa wygląda. Najpierw się mówi: dajmy regionom większą samorządność, większą wolność w działaniu, w ten sposób zwiększymy ich aktywność, stopień odpowiedzialności i zmniejszymy biurokrację. Dobrze więc - dajemy taką pogłębioną samorządność także Śląskowi. W ramach tej pogłębionej samorządności tj. odejścia od pełnienia przez państwo roli nadopiekuńczego rodzica i dania większej wolności regionowi - Śląsk prowadzi także własną politykę tożsamościową, kulturalną, afirmując swoją narrację historyczną (oczywiście nie przekreśla to wszelkich związków z kulturą i historią Polski, ale działania te wykraczają poza jej konstytutywne elementy). Co się jednak okazuje? Mianowicie takie działanie, które jest realizacją pogłębionej samorządności - idei samostanowienia regionu, spotyka się z krytyką tych, którzy przed chwilą przyznali regionowi prawo do samostanowienia. Z jednej strony daje się nam pogłębioną samorządność, a z drugiej się ją nam zabiera. Polscy politycy byliby skłonni dać Śląskowi możliwość zwiększonego samostanowienia, ale o tyle o ile byłoby ono przez niego realizowane zgodnie z ich wytycznymi. Centrala zachowuje się nadal jak nadopiekuńczy rodzic, który owszem pozwolił wyprowadzić się dziecku na swoje mieszkanie, ale który dzwoni do niego po kilka razy dziennie mówiąc co ma jeść, co ma czytać, z kim może się spotkać. To brak konsekwencji, nierealizowanie do końca zamierzonych postulatów i w rezultacie brak upodmiotowienia Ślązaków.

Moim zdaniem, krytycy autonomii Śląska popadają w sprzeczność ze względu na brak tolerancji i zaufania do Ślązaków, które tkwi u podstawy ich stanowiska. A ten motyw już kilka razy przerabialiśmy w historii. Był on obecny w II Rzeczypospolitej (polityka względem Korfantego, polityka realizowana przez Michała Grażyńskiego). Także PRL wcale nie był państwem pozbawionym antagonizmów etnicznych, często pamięta się w tym zakresie głównie o roku 1968, zapominając o polityce wobec Ślązaków i Niemców (obozy, zakaz rozwoju kultury i języka). Zaś w III Rzeczypospolitej Polacy nie chcą zgodzić się na nadanie Ślązakom statusu mniejszości narodowej. Gdzie Czesi już dawno to uczynili. Także nie okazują, moim zdaniem, dobrej woli w kwestii zrozumienia postulatów Ślązaków pragnących otrzymać autonomię. Śląsk to nie region jak każdy inny w Polsce. To u nas żyją dwie najliczniejsze mniejszości etniczne - śląska i niemiecka. Różnimy się od reszty Polaków, ale pragniemy z pełnym przekonaniem w pełni uczestniczyć w strukturach demokratycznego państwa polskiego.
W związku z przedstawioną sprzecznością proponuje w celu jej usunięcia, aby jasno określić się zgodnie z kierkegaardowską zasadą albo-albo. Albo rzeczywista pogłębiona samorządność bez przyszywanego nadzoru w sferze kultury i historii (co nie oznacza odrzucenia kultury i historii polskiej. Na Śląsku żyje bardzo dużo Polaków, przecież oni uczestniczyliby w autonomii tego regionu) albo w ogóle zrezygnujmy z postulatu pogłębiania samorządności i przestańmy udawać, że nam na nim zależy.